Z udziału w 54. Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej rezygnują kolejni artyści, a prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski proponuje, by to miasto zostało organizatorem imprezy. Czy uda się uratować jeden z najbardziej sztandarowych polskich festiwali? O opinię spytaliśmy Piotra Iwickiego, szefa Agencji Muzycznej Polskiego Radia. - Opolski festiwal dla TVP zaczyna przypominać ładunek wybuchowy z opóźnionym zapłonem. Można sobie wyobrazić każdy scenariusz, ale trzeba wykonać krok wstecz. Upolitycznienie imprezy osiągnęło zenit, nierzadko karmiąc się kłamstwem czy manipulacją - mówi radiowiec w rozmowie z Niezalezna.pl. 

Jak dotąd z udziału w imprezie zrezygnowali Maryla Rodowicz, Kayah, Katarzyna Nosowska, Katarzyna Kowalska, Michał Szpak, Andrzej Piaseczny, zespół Blue Cafe, prowadzący Artur Orzech i reżyser trzech koncertów Konrad Smuga. Jednym z powodów były kontrowersje narosłe wokół występu Dr. Misia (Arkadiusza Jakubika) z antyklerykalną piosenką „Pismo”:

Patrzę na sytuację z festiwalem opolskim jak na czarny sen, w którym co prawda głównym bohaterem jest piosenka, ale w wiodących rolach zamiast artystów brylują politycy i komentatorzy z mediów. Tu już działa zasada domina. Ktoś postawił klocek Dr Misio, zapominając, że mediom publicznym wolno trochę mniej niż komercyjnym, że trzeba ważyć słowo, gest. Ten klocek poruszył obrońców piosenki „Pismo”, którzy w kwestionowaniu jej festiwalowości zwęszyli łatwy łup, który można skonsumować pod szyldem „atak na wolność artystycznej wypowiedzi”

- mówi Piotr Iwicki, szef Agencji Muzycznej Polskiego Radia w rozmowie z Niezalezna.pl.

Tyle, że po drugiej stronie medalu są internetowe wpisy jednego z menadżerów gwiazdy Opola, który publikuje wizerunki Jarosława Kaczyńskiego jako Adolfa Hitlera (chodzi o Łukasza Bartoszaka, menedżera Artura Kłusowskiego - przy. red.). Młodzi artyści idący ścieżką debiutów dostają e-maile i internetowe wpisy na profilach w mediach społecznościowych, odsądzające ich od czci i wiary za to, że nie bojkotują festiwalu. Nic dziwnego, ze czują się zagrożeni

- alarmuje nasz rozmówca.

Zdaniem Iwickiego, wokół opolskiego festiwalu narosło tyle wersji zdarzeń, że trudno już zdiagnozować, jak było naprawdę, a co jest manipulacją. Radiowiec zauważa również, że w całym sporze na wygranej pozycji znajdują się organizatorzy sopockiego festiwalu, który ma się odbyć dwa tygodnie przed opolskim:

W całej tej sytuacji trudno o dar rozeznania, ilu zainteresowanych, tyle wersji. Ile osób, tyle prawd, co komentator, to inny ogląd sytuacji. Nic dziwnego, że rodzą się teorie spiskowe. Jedno jest natomiast pewne, że największym wygranym będzie sopocki festiwal, robiony dwa tygodnie wcześniej przez konkurencyjną komercyjną stację. Tam nie ma szumu medialnego, już został skazany na sukces. 

Na fali kolejnych rezygnacji i aktów solidarności, które stopniowo odchudzają listę opolskich artystów, z inicjatywą wyszedł prezydent Opola, Arkadiusz Wiśniewski, który zaproponował, by to miasto przejęło organizację imprezy.

Zdaniem Iwickiego, konieczna jest dobra wola obu stron:

Opolski festiwal dla TVP zaczyna przypominać ładunek wybuchowy z opóźnionym zapłonem. Można sobie wyobrazić każdy scenariusz, ale trzeba wykonać krok wstecz. Upolitycznienie imprezy osiągnęło zenit, nierzadko karmiąc się kłamstwem czy manipulacją. Może czas usiąść i rozmawiać, a nie przerzucać się oświadczeniami. Potrzeba dobrej woli, a nie uporu, mediacji, a nie usztywnienia, bo  w przeciwnym razie święto polskiej piosenki pójdzie na dno jak Titanic. I co z tego, że orkiestra będzie grała do końca?