W ciągu ostatniego tygodnia rosyjskie samoloty aż cztery razy niebezpiecznie zbliżyły się do wybrzeży Stanów Zjednoczonych. Amerykanie nie mają wątpliwości - to prowokacja. - Władimir Putin chce zaznaczyć, że jego wojsko jest wszędzie - twierdzą komentatorzy. Moskwa udaje, że nic złego się nie stało.

Dwa rosyjskie samoloty patrolowe IŁ-38 i dwa bombowce Tu-95 były obserwowane podczas przelotów u wybrzeży Alaski w zeszłym tygodniu. Póki co, loty nie stanowią dla Stanów Zjednoczonych zagrożenia. Pentagon uważa jednak, że ze względu na częstotliwość są one niepokojące.

CZYTAJ WIĘCEJ: NAGRANIA nie pozostawiają wątpliwości. Rosjanie pozorowali atak na okręt USA

Amerykańskie media są przekonane, że przekaz z Moskwy jest oczywisty. To prowokacja i dowód na napięte stosunki między Stanami Zjednoczonymi i Rosją.

Takiej aktywności ze strony Rosji nie widzieliśmy od kilku lat - powiedział John Cornelio, przedstawiciel bazy militarnej NORAD. - Nie da się tego zinterpretować inaczej, niż jako jasną strategiczną wiadomość.


Z kolei Moskwa jak zwykle udaje, że nic się nie stało. Wręcz twierdzi, że w ich działaniach nie ma nic nadzwyczajnego, a samoloty są regularnie wysyłane na misje patrolowe po neutralnej przestrzeni powietrznej.

To zabawa w "kotka i myszkę", która trwa od dłuższego czasu. Putin chce pokazać Ameryce, że Rosjanie są wszędzie i wykorzystają swoje możliwości militarne do granic

- powiedział Howard Stoffer dla CNN.