Wolność to uświadomiona konieczność. Ta stara definicja wolności głoszona przez rozmaitej maści marksistów przypomniała mi się przy okazji afery wokół ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła. Zapytany przez dziennikarkę polityk, który jest także praktykującym lekarzem, powiedział, że nie przepisałby – powołując się na klauzulę sumienia – pacjentce pigułki wczesnoporonnej „dzień po”, nawet gdyby kobieta została zgwałcona. I rozpętała się burza. O co? Feministki twierdzą, że o prawa kobiet, ale to nieprawda. Praw tych w niczym nie narusza odmowa Radziwiłła, są bowiem tysiące innych lekarzy, którzy pigułkę im przepiszą. W istocie chodzi o wolność lekarzy i o to, czy mają oni uznać, że przepisywanie pigułki jest ich obowiązkiem, uświadomioną koniecznością, którą uznają za wolność, czy mają prawo zachować własne rozeznanie i prawo do kierowania się w życiu i pracy własnym, a nie feministycznym sumieniem. Radziwiłł stoi na stanowisku, że istnieje wolność, feministki – że w istocie człowiek ma prawo do życia, wedle jednej reguły, feministycznej. I o to toczy się obecnie spór.