W sobotę 14 stycznia 2016 r. odbyło się ceremonialne powitanie 3. Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej (Armored Brigade Combat Team, ABCT) z 4. Dywizji Piechoty w Fort Carson w Kolorado. Tym samym rozpoczęła się pierwsza dziewięciomiesięczna zmiana w ramach operacji Atlantic Resolve. Wydarzenie to w pełni zasługuje na miano „historycznego”, zważywszy że jest to pierwsza armia sojusznicza, która przybywa do Polski od czasu… wojen napoleońskich.

Brygadowa grupa bojowa przywozi ok. 3500 ludzi, ponad 400 pojazdów gąsienicowych i ponad 900 kołowych, w tym 87 czołgów, 18 samobieżnych haubic Paladin, ponad 400 samochodów Humvee i 144 bojowe wozy piechoty Bradley.

Dał nam przykład Bonaparte

Cesarz Napoleon I nazwał Polskę „kluczem do sklepienia Europy”. Ta architektoniczna metafora nawiązuje do konstrukcji sklepienia gotyckich katedr, gdzie usunięcie jednego elementu, a szczególnie jego „klucza”, czyli zwornika, powoduje zawalenie się całej konstrukcji. Polska, położona w sercu Europy (czyli wówczas faktycznie całego cywilizowanego świata), zdawała się cesarzowi niezbędnym czynnikiem balansującym równowagę pomiędzy Zachodem a Wschodem.

Na dodatek przez ziemie dawnej RP przebiegają korytarze umożliwiające atak ze wschodu na zachód i odwrotnie, dlatego panowanie nad jej rozległymi nizinami, pozbawionymi większych przeszkód naturalnych, daje strategiczną przewagę militarną. Zdobywanie zarówno Paryża, jak i Moskwy należy zatem poprzedzić zdobyciem Warszawy.

Bez silnego podmiotu rozgraniczającego dwa światy, Zachód i Wschód, musi dochodzić do konfliktu między nimi. W tym duchu cesarz twierdził też, że Europie brakowałoby wschodnich granic, gdyby Polska nie została odbudowana. Formułując tę myśl, Napoleon nie miał z pewnością na myśli kadłubowego tworu w postaci Księstwa Warszawskiego, lecz odtworzenie Rzeczypospolitej w jej dawnych granicach. I co ważniejsze, jej idei i funkcji w Europie. Rzeczpospolita była bowiem rozległym obszarem wolności i tolerancji, demokracja szlachecka obejmowała niespotykaną w Europie część populacji, władza króla była ograniczona prawem, a narody wchodziły w skład RP na zasadzie kooptacji, a nie podboju. Dlatego też wyprawę moskiewską z 1812 r. („O roku ów”!) określił Bonaparte „drugą wojną polską”, jasno deklarując, że jej celem jest odbudowa Królestwa Polskiego w dawnych granicach. Można się domyślać, że za tymi podniosłymi deklaracjami, oprócz sentymentu do wiarusów spod Somosierry, stała również zimna kalkulacja polityczna w postaci próby wykreowania realnego i lojalnego sojusznika – partnera zdolnego własnymi siłami odgrodzić cesarstwo od wschodu i zapewnić Europie upragniony pokój.

Polska będzie wielka albo nie będzie jej wcale

Józef Piłsudski marzył o wielkiej Polsce nawiązującej do czasów jagiellońskich. Jego zdaniem głównym wrogiem odradzającej się ojczyzny była Rosja, bez różnicy – biała czy czerwona. W związku z tym planował utworzenie sieci niepodległych państw, które oddzielałyby Polskę od Rosji szerokim kordonem. W koncepcji, nazwanej federalistyczną, obok Polski miałyby powstać niepodległe państwa: Litwa, Łotwa, Białoruś oraz Ukraina, które byłyby związane z Polską sojuszem wojskowym wymierzonym przeciwko rodzącej się wówczas Rosji sowieckiej. Polska zaś miała odgrywać rolę przywódczą we wspomnianym programie, albowiem bez Polski istnienie państwowości mniejszych narodów zależało wyłącznie od decyzji z Moskwy.

Niestety rodząca się właśnie u progu XX w. świadomość narodowa i silny nacjonalizm tych narodów uznawały za głównego przeciwnika wcale nie Rosję, lecz właśnie Polskę. Przyczyny takiej postawy należy upatrywać w braku polskiej państwowości przez cały wiek XIX.

Także w Polsce ruch narodowy zyskał znaczne wpływy społeczne, głosząc hasła prostej inkorporacji ziem I Rzeczypospolitej. W rezultacie nie wykorzystano wielkiego zwycięstwa polskiego oręża w Bitwie Warszawskiej i nie osiągnięto żadnego ze strategicznych celów mogących zapewnić stabilność, co – jak się po raz kolejny okazało – prowadziło do światowej hekatomby.

Międzymorze

Rosja wykorzystała brak doświadczenia w polityce międzynarodowej rozpoczynającego swoją pierwszą kadencję prezydenta Baracka Obamy. Jego naiwną politykę resetu Rosjanie zrozumieli jako rodzaj nowego układu monachijskiego, którego treścią miałby być pokój za naszą (państw Europy centralnej) cenę. Szybko jednak się okazało, że taka polityka – podobnie jak w wypadku paktu z Monachium w 1938 r. – zamiast do pokoju prowadzi do wojny. Oprócz szybkiego resetowania resetu pojawiły się więc wśród analityków poszukiwania trwałych rozwiązań gwarantujących stabilizację regionu przy zapewnieniu wolnościowych aspiracji narodów, które jednocześnie nie będą zmuszały Amerykanów do angażowania pełni ich potencjału militarnego i powrotu do okresu zimnej wojny.

I oto w analizach najpoważniejszych amerykańskich think tanków (Stratfor) czy wywiadach emerytowanych oficerów wywiadu (z wywiadu nie odchodzi się nigdy) zaczyna się pojawiać znana w Polsce koncepcja Międzymorza, czyli sojuszu państw południkowo leżących pomiędzy agresywną imperialną Rosją a Zachodem. Od Finlandii przez państwa bałtyckie, przez Rumunię, aż po Chorwację. I nie w konkurencji do NATO, który pozostaje głównym sojuszem militarnym, ale w jego uzupełnieniu. Alians pomiędzy tymi narodami ma szanse stać się aliansem realnym, co należy rozumieć tak, że w sytuacji zagrożenia siły Paktu będą zmuszone do działania na rzecz innych sojuszników. Lepszy przecież rzeczywisty sojusz z liczącą 2 mln Estonią niż choćby najbardziej uroczysty i wiele obiecujący z np. daleką Brazylią. Jednak niezbędnym warunkiem powodzenia takiej strategii jest odzyskanie przez Polskę wdeptanej w smoleńskie błoto podmiotowości.

Dla Polski jej centralne usytuowanie stanowi niepowtarzalną szansę odwrócenia „klątwy” położenia pomiędzy Rosją a Niemcami i nauczenia się czerpania z tej lokalizacji korzyści.

Rosyjskie Waterloo

Obecność sił największej armii świata jest całkowitą i nieodwracalną klęską agresywnej polityki Rosji, obliczonej na rozbicie spójności sojuszu atlantyckiego i solidarności demokratycznych narodów. Prowadzona konsekwentnie od lat polityka miała obezwładnić wolny świat brutalnością, bezmyślnym okrucieństwem i brakiem skrupułów. Sparaliżować strachem i odebrać wolę działania. Temu celowi służyła napaść na Gruzję i Ukrainę, zestrzelenie malezyjskiego boeinga czy wysłanie karnych szwadronów „kibiców” ze specnazu na mistrzostwa piłkarskie. W tej logice pozostają też skutki katastrofy smoleńskiej.

Ten plan wraz z przybyciem do Polski wojsk amerykańskich poniósł całkowitą porażkę. Kraje NATO, a co ważniejsze USA, zademonstrowały wolę wspólnej obrony. Decyzje te zostały Rosji oznajmione jako fakt dokonany, jej zaś pozostało rytualne (po raz chyba 1590) straszenie rozmieszczeniem rakiet Iskander w obwodzie królewieckim. Władimir Putin wie, że w militarnej konfrontacji z Sojuszem nie ma najmniejszych szans i dlatego faktyczna obecność US Army stanowi dla niego strategiczną porażkę porównywalną z przegraną Nikity Chruszczowa w czasie kryzysu kubańskiego. Klęska Putina jest jednocześnie ogromnym sukcesem całego Sojuszu i Polski.

Determinacja i polityczna inicjatywa polskich władz były warunkiem koniecznym zamiany pustej retoryki na konkretne działania, by „klucz do sklepienia Europy” znalazł się na właściwym miejscu. Że tak się stało, niech świadczy fakt, iż dokładnie wraz z postawieniem stopy przez pierwszych żołnierzy US Army na polskiej ziemi, w dniu 12 stycznia, jak nożem uciął zakończyła się przewlekła sejmowa żenada, wywołana przez polskich beneficjentów polityki Putina.