Nie było jeszcze w najnowszej historii sytuacji, w której losy największego mocarstwa rozstrzygały się przy użyciu argumentów o seksualnym molestowaniu, gróźb, w cieniu oskarżeń o najcięższe przestępstwa i przy dźwiękach wulgarnych nagrań. Nie było do niedzieli.

Możemy sobie narzekać na poziom debaty publicznej w Polsce. Takie nasze prawo. Ileż to jednak razy słyszeliśmy, że mamy uczyć się standardów od „kolebki demokracji” i „królestwa wolności”, jakim są Stany Zjednoczone. Cóż, lepiej by było, by nasi politycy nie brali przykładu z tego, co właśnie wyprawia się za oceanem.
Wybory w Stanach Zjednoczonych odbędą się 8 listopada. Im do nich bliżej, tym brutalniejsza staje się kampania. Po ujawnionych przed kilkoma dniami taśmach, na których Donald Trump w wulgarny sposób wyraża się o swoim stosunku do kobiet i opisuje swoje (nieudane) podboje seksualne (z opisu zakrawające zresztą na molestowanie), debata prezydencka pomiędzy kontrowersyjnym miliarderem a Hilary Clinton była przedstawiana jako „bitwa o wszystko”. Skończyło się na „ponurym widowisku” rodem z filmów klasy C, w którym obie strony oskarżają się o seksualne przestępstwa i „bezwzględną lawinę kłamstw”. Według obserwujących debatę dziennikarzy (m.in. waszyngtońskiego korespondenta gazety „Toronto Star” Daniela Dale) Donald Trump skłamał 33 razy, Hillary Clinton zaś jedynie 5 razy.

Skąd oni się wzięli?
Od Trumpa odsuwają się kolejni jego sprzymierzeńcy z Partii Republikańskiej – papierami rzucają m.in. republikański kongresmen z Utah Jason Chaffetz oraz przewodniczący Izby Reprezentantów Paul Ryan. Sam Trump przepraszał za swoje słowa, oczywiście je bagatelizując i puszczając oko do mniej lotnych wyborców. Ale ani myślał oddawać pola i przed debatą zorganizował konferencję prasową z udziałem trzech rzekomych ofiar, które miały przed laty być molestowane przez Billa Clintona i szantażowane przez jego żonę. Już to przypominało bardziej amerykański reality show w stylu Jerry’ego Springera, gdzie zwaśnione rodziny walą się po głowach rekwizytami, a publiczność krzyczy wniebogłosy, żądając kary śmierci. I choć być może zarzuty są uzasadnione, pozostaje spytać: kto dopuścił do tego, by tacy ludzie ubiegali się o fotel prezydenta USA? Washington, Lincoln i Reagan przewracają się w grobach.

Osłabienie wizerunku USA
Złudzeń co do wyniku debaty nie ma Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, amerykanista z Wojskowej Akademii Technicznej. – W czasie debaty obie strony trwały na swoich pozycjach. Nikt istotnie nie zyskał ani nie stracił. Układ sił pozostał więc przeważający na rzecz Clinton. Wkrótce sondaże zapewne pokażą jej przewagę nad Trumpem – mówi „Codziennej”.

Współpracownik tygodnika „wSieci” zwraca także uwagę na atmosferę niedzielnej debaty. – To widowisko było niezwykle ponure i przygnebiające, dyskredytujące USA wobec reszty świata. Oto w jedynym na świecie supermocarstwie wybory są rozstrzygane za pomocą oskarżeń o gwałty i molestowanie, gróźb zamknięcia przeciwnika do więzienia, bo taką groźbę Trump sformułował. To ma bardzo złe wizerunkowe, prestiżowe skutki dla USA – mówi Kostrzewa-Zorbas. – A wizerunek i prestiż wpływają też na rzeczywisty wpływ Stanów na świat. Po tej debacie Ameryka jest osłabiona – dodaje. Co zmieni ona w wyścigu do Białego Domu?

Rosja gra na Trumpa?
Ale jeszcze coś powinno przykuć naszą uwagę. Często można spotkać się z przekonaniem, że wybór wulgarnego ekscentryka Trumpa jest dla Polski lepszy, bo ten, jako rzekomy „konserwatysta”, nie będzie (w przeciwieństwie do ideologicznie rozchwianej Hillary Clinton) wywierał na Polskę presji w kwestii chociażby liberalizacji zapisów o związkach partnerskich czy innych „nowoczesnych” pomysłach. Być może to prawda, warto jednak na szali wobec tego zagrożenia położyć to, co miliarder mówi na temat ewentualnego „resetu” w stosunkach z Federacją Rosyjską: – Jeśli zostanę prezydentem, wówczas stanę naprzeciw Putina – mówiła Clinton. To ona wskazała na Rosjan jako winnych bombardowania syryjskiego Aleppo. – Nie lubię Asada, ale on zabija członków IS, Rosja też zabija członków IS – mówił Trump, który stwierdził równocześnie, że „nie zna Putina”, a o Rosji „nie wie nic”. Nie wróży to najlepiej.

Jakże to inne podejście do tego, co mówił przed kilkoma laty John McCain, rywal Baracka Obamy w wyścigu do Białego Domu: – W oczach Putina widzę trzy litery: K, G, B – mówił dzisiejszy kongresmen. Cóż, Trump na odcinku rosyjskim zachowuje się jak dziecko we mgle, a jego niespójne wypowiedzi o NATO (na przemian wzywa do izolacji USA i renegocjacji stosunków z Moskwą) nie napawają optymizmem. Widmo zaburzenia transatlantyckiej polityki obronnej w porównaniu z ewentualnymi ideologicznymi zapędami Clinton (które Polska może zignorować łatwiej niż reset na linii Moskwa–Waszyngton) powinno budzić grozę. Co można oddać na plus Trumpowi? Chyba jedynie to, że w czasach poprawności politycznej to on odważył się nazwać po imieniu islamski terroryzm, a sprowadzenie do USA uchodźców z Bliskiego Wschodu nazwał „nowym koniem trojańskim”. To jednak sprawa mniej dla nas ważna niż jego „niewiedza” na temat Putina. Zresztą, coraz więcej sygnałów mówi, że sam Trump może okazać się albo koniem trojańskim, albo „pożytecznym idiotą” Kremla. – Nigdy w historii obca władza nie robiła tak wiele, by wpłynąć na wynik wyborów. I wierzcie mi, nie robią tego, bym ja wygrała – mówiła Clinton.

Zła vs. tragiczny
Wybór w USA przypomina zastanawianie się nad wyższością dżumy nad cholerą. Z jednym tylko zastrzeżeniem – prezydentura Hillary Clinton będzie o tyle przewidywalna, że będzie ona na pewno w pewnym stopniu kontynuacją (niedobrych) rządów Baracka Obamy. Czego spodziewać się po Donaldzie Trumpie? Tego nie są w stanie przewidzieć nawet najbieglejsi amerykaniści. Mnie, zapewne jak i wielu czytelnikom „Gazety Polskiej”, brakuje dziś opinii śp. Jacka Kwiecińskiego, który jak nikt analizował amerykańską politykę. – Ta debata nie zmienia kierunku całej kampanii wyborczej, czyli nie narusza przewagi Hillary Clinton – mówi tymczasem Grzegorz Kostrzewa-Zorbas. I nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.