Sukces „czarnego protestu” był tak naprawdę względny. Z jednej strony zainteresowanie było, zwłaszcza w większych miastach, widoczne i objawiało się zarówno grupami ubranych na czarno kobiet, jak i budzącymi niedowierzanie zdjęciami grupowymi na portalach społecznościowych, z drugiej – nie było większe niż pierwsza fala protestów Komitetu Obrony Demokracji.

Polityczna próba zdyskontowania protestu przez Platformę Obywatelską i zaskakujący zwrot wydarzeń w Sejmie podczas głosowania w komisji, później zaś odrzucenie projektu „Ordo Iuris” mogły pogłębić złudzenie przełomowości wydarzeń, jakie miały miejsce na początku miesiąca.
Być może właśnie ta rzekoma przełomowość sprawia, że kilka współpracujących ze sobą, głównie w ramach KOD‑u, środowisk, uwierzyło w moc protestów. Październik zapowiada się więc jako maraton demonstracji, pikiet, może nawet, jak w wypadku nauczycieli, strajków. Opozycja uwierzyła też najwyraźniej w to, że po raz pierwszy od wyborów pojawił się dla niej cień szansy na odzyskanie społecznego poparcia. Prawo i Sprawiedliwość zaliczyło bowiem dwa pierwsze kryzysy wizerunkowe, których nie mam zamiaru przeceniać, skoro jednak Platforma i Nowoczesna razem ze środowiskiem „Gazety Wyborczej” mocno je wykorzystują, warto poświęcić im trochę uwagi.

Szklany sufit się broni
Medialne polowanie na pisowskich nominatów w spółkach skarbu państwa, prowadzone często przez aktywistów partyjnych młodzieżówek, widzących się na obserwowanych uważnie stanowiskach, nie spotkało się z wystarczającą odpowiedzią partii rządzącej. Zapowiedź weryfikacji decyzji personalnych to oczywiście wielki krok naprzód w stosunku do rządów poprzedników, zabrakło jednak głośnego i spójnego przekazu pozytywnego – wytłumaczenia, dlaczego wymiana osób na niektórych stanowiskach jest niezbędna i jakie są plusy sięgnięcia po osoby młode, spoza dotychczasowych sitw i układów. Ciężar tłumaczenia kilku oczywistości wzięli na siebie nieliczni ze sprzyjających PiS‑owi publicystów, a prawicowy Twitter pracował nad sprowadzeniem akcji do absurdu i wynajdywał przykłady dziwnych karier działaczy opozycyjnych młodzieżówek i asystentów, wytrwale noszących teczki starszych mentorów w rodzaju Balcerowicza. Trochę brakowało jednak głosu najbardziej zainteresowanych. Tymczasem odwołując się do zastanych mechanizmów blokowania karier, zamkniętych drzwi i szklanych sufitów można było całą sytuację obrócić na własną korzyść. Przecież kilka lat temu w jednej z reklamówek Jarosław Kaczyński wpuszczał ludzi do niedostępnych dla nich wcześniej przeszklonych biurowców.

„Osoby z doświadczeniem bycia kobietą”
Kwestia ustawy antyaborcyjnej wydaje się bardziej złożona. Prawo i Sprawiedliwość zlekceważyło początkowo przyklejanie do siebie obywatelskiego przecież projektu. Projektu, który – warto pamiętać o tej dychotomii – popierany był przez znaczącą grupę wyborców tej partii, lecz przygotowany przez środowiska wobec PiS‑u często wrogie, co w pełni ujawniło się w wypowiedziach Mariusza Dzierżawskiego już po odrzuceniu proponowanych przepisów. Opozycja ogłosiła, że radykalną ustawę przygotowała partia Jarosława Kaczyńskiego, równocześnie zaś media wykreowały jeszcze radykalniejszy od rzeczywistego obraz propozycji „Ordo Iuris”. W efekcie w marszach środowisk proaborcyjnych wzięli udział również zmanipulowani w dużej części zwolennicy tzw. kompromisu aborcyjnego, PiS zaś dość gwałtownie odrzuciło całość propozycji, co niektórzy aktywiści środowisk gender uznali za zachętę do dalszego działania. Tymczasem pamiętać trzeba, że licznik bije, a aborcja eugeniczna jest realnym problemem, z którym Prawo i Sprawiedliwość musi się zmierzyć. Propozycje Beaty Szydło to krok w dobrym kierunku, pokazujący, że wbrew nieuniknionej panice w kilku redakcjach PiS zachowało zdolność zapanowania nad trudną sytuacją. Jest jednak oczywiste, że na tym sprawa nie może się zakończyć.

Joanna Mucha, której ledwo udało się dojść do głosu podczas „protestu kobiet”, w Sejmie groźnie wymachuje czarną parasolką, media zaś usiłują podtrzymać gorącą atmosferę. Skoro udało się zablokować projekt zaostrzenia ustawy, trzeba doprowadzić do jej liberalizacji – przekrzykują się samozwańcze rzeczniczki płci i apelują, by wzmocnić naciski na rząd. Kolejne działania trudno jednak uznać za sukces. W Warszawie w niedzielę odbył się happening „Bunt ciał”. „Od ponad 23 lat kobiety, osoby z doświadczeniem bycia kobietą i osoby z macicami są sprowadzane do roli ciała, które nie może samodzielnie podejmować decyzji o swojej rozrodczości. W 1993 roku wprowadzono ustawę, która prawie całkowicie zakazuje aborcji. Od tego czasu ciąże są nadal przerywane, nic się nie zmieniło, tyle że dzieje się to w podziemiu aborcyjnym z narażeniem zdrowia i życia lub za granicą, jeśli kogoś na to stać. Teraz politycy i polityczki chcą jeszcze bardziej przykręcić śrubę i zmusić do rodzenia nawet w sytuacji zagrożenia zdrowia, życia czy ciąży będącej następstwem gwałtu” – pisały na Facebooku organizatorki akcji. Wydarzenie Porozumienia Kobiet 8 Marca przyciągnęło niewiele ponad 20 osób, które zgodnie z założeniami „rozłożyły się przed Sejmem”. Aby czytelnik w pełni docenił język, jakim posłużono się w zaproszeniu, trzeba dodać, że wspomniane wyżej określenie „osoby z macicami”, użyte zostało, by „nie wykluczać osób transpłciowych oraz niebinarnych, które mogą mieć macice, ale niekoniecznie identyfikują się jako kobiety”.

Wierzący niepraktykujący
Inną kontynuacją protestów miała być akcja „Pusta ławka”. Część sympatyków KOD‑u, deklarująca katolicyzm, zapowiedziała absencję podczas niedzielnej mszy świętej, zapewne mając w pamięci marginalny, lecz świetnie nagłośniony przez media protest sprzed kilku miesięcy, kiedy to kilka feministek demonstracyjnie wyszło z kościołów podczas odczytywania listu episkopatu dotyczącego obrony życia. Pustych ławek nikt jednak nie zauważył, wygląda więc na to, że przeszacowany już w punkcie wyjścia potencjał społecznego protestu został rozmieniony na drobne w absurdalnych inicjatywach. PiS‑owi nie zaszkodzi też raczej nastawienie artystów, protestujących pod hasłem „Nie oddamy wam kultury”. Co symboliczne, pikieta pod tym hasłem odbyła się w tym samym miejscu, w którym dwa lata temu wystawiono przedstawienie „Golgota Picnic”. Że o taką właśnie „kulturę” chodzi, pokazuje zmobilizowanie twórców i aktorów wokół obrony posady Krzysztofa Mieszkowskiego, byłego dyrektora (ze średnim wykształceniem) wrocławskiego teatru, a zarazem posła Nowoczesnej.

Większy rozmach mogą mieć październikowe protesty nauczycieli, straszących rządzących i rodziców chaosem w edukacji. W wypadku demonstracji feministek, by zmobilizować szersze masy, trzeba było posłużyć się całym szeregiem kłamstw – o zakazie badań prenatalnych, automatycznej karze dla kobiet, które tracą dziecko w wyniku zagrożenia życia, wreszcie, i najważniejszym kłamstwem – o rządowym pochodzeniu projektu ustawy. Związek Nauczycielstwa Polskiego również próbuje straszyć społeczeństwo zagrożeniami, które, niezależnie od ich realności, mogą przemówić do wyobraźni: masowymi zwolnieniami i bałaganem w edukacji, więc i zagrożeniem dla wychowania i nauczania dzieci. Likwidacja gimnazjów to jednak jeden z tych postulatów, które cieszą się poparciem większości społeczeństwa, trudno więc się spodziewać, by branżowy protest porwał tłumy. Pojawia się też kwestia wiarygodności protestujących. Postkomunistyczny związek krytykował wcześniej również wprowadzenie gimnazjów, jego lider zaś często pojawia się na marszach KOD‑u. Zważywszy na historię ZNP (już przed wojną znanego z prosowieckich sympatii, które ujawniały się choćby artykułami Wandy Wasilewskiej w „Płomyku”), kolejną antyrządową akcję opatrzyć można kryptonimem „Czerwony październik”, pod którym nauczyciele mogą wystąpić wspólnie z tzw. działaczkami kobiecymi. Pamiętajmy, że i środowisko nauczycielskie nie dokonało nigdy samooczyszczenia. Chyba każdy, również po roku 1989, zetknął się z „czerwonymi” wychowawcami młodzieży, polonistkami analizującymi teksty w duchu walki klasowej czy szkołami wysyłającymi całe klasy na obrzydliwe „Uprowadzenie Agaty”. Niektórzy z atakujących reformę edukacji za powrót do rozwiązań obowiązujących w PRL‑u sami tkwią w Polsce Ludowej na tyle głęboko, by nie można było uciec od pytania o polityczne motywacje nauczycielskiego oburzenia. Dla wielu (choć, oczywiście, nie dla wszystkich) nauczycieli wychowanie przyszłych pokoleń sprowadza się do usprawiedliwiania nieobecności w szkole w „czarny poniedziałek”.

Caracale nie nadlecą
Na wypadek, gdyby protesty aborcyjne okazały się jedynie słomianym ogniem, opozycja próbuje w ostatnich dniach zabezpieczyć się, sięgając po paliwo lotnicze. Po raz kolejny próbuje zagrać na kompleksach i martwi się, że podejmujemy decyzje, za które nie zostaniemy pochwaleni przez zachodnich partnerów. Wyjątkowa wściekłość, jaką wywołało zerwanie przez MON negocjacji z producentem śmigłowców Caracal, pokazuje wyjątkową uległość części polityków i niemal całych redakcji wobec zagranicznych lobbystów, czemu przyjrzeć się powinny odpowiednie służby. Związki z tym koncernem posiadało lub posiada wiele osób z otoczenia byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego. I to właśnie Komorowski, w ramach swojej kampanii, ogłosił wybór francuskich śmigłowców, co od początku budziło duże kontrowersje. Umiejętne wykorzystanie tego tematu i spotkania z pracownikami zakładów Mielca i Świdnika były jednymi z ważnych czynników zeszłorocznych zwycięskich kampanii wyborczych PiS‑u. Dziś również premier Szydło spotyka się z tymi społecznościami, politycy opozycji natomiast ubolewają nad pogorszeniem relacji dyplomatycznych z Francuzami. Myślenie lokalne i patriotyczne znów przegrywa z postkolonialnymi kompleksami i zakulisowymi powiązaniami, które wychodzą jednak na światło dzienne, między innymi dzięki naszym publikacjom. Obroną interesów francuskiego koncernu środowisko Platformy i dzielnie wspierającej ją Nowoczesnej przypomina Polakom, dlaczego najpierw w maju, a później październiku 2015 r., zdecydowali się oni na wymianę władzy.