Za nami pierwsza debata prezydencka w USA, transmitowana z Hofstra University w stanie Nowy Jork. Bezpośrednie starcie pomiędzy Hillary Clinton a Donaldem Trumpem jeszcze przed rozpoczęciem debaty wywoływało spore emocje. Media szybko podchwyciły narrację, zgodnie z którą poza starymi podziałami partyjnymi, na obie kandydatury spogląda się obecnie z zupełnie innej perspektywy. Clinton wydaje się reprezentować pewien utrwalony establishment wraz z jego wadami, zaś Trump zbiera wokół siebie głosy protestu i niezadowolenia.  
 
Debata była podzielona trzy zasadnicze, szeroko zdefiniowane części: droga do dobrobytu, kierunek Ameryki i bezpieczeństwo. W zgodnej opinii komentatorów w tej kwestii ani Trumpowi ani Clinton nie udało się przebić do opinii publicznej z precyzyjnymi odpowiedziami lub dokładnymi pomysłami na konkretne zagadnienia. Co ciekawe w tej części starcia kandydatów to Hillary Clinton sprawiła wrażenie nieco bardziej przygotowanej w podważaniu predyspozycji i charakteru przeciwnika. Donald Trump natomiast nie był aż tak nieprzewidywalny, jak wielu mogłoby się spodziewać.  
 
Hillary Clinton otworzyła pierwszą cześć debaty o gospodarce przekierowując ją na kwestie odpowiedzialności i kwalifikacji kandydata na urząd prezydenta w celu uderzenia w Donalda Trumpa. Z kolei Trump przyjął zupełnie inną taktykę i skoncentrował się na tematach ekonomicznych mówiąc o obniżeniu podatków na styl Ronalda Reagana i renegocjacje umów handlowych.

Początkowo subtelne i wzajemne ataki kandydatów nasiliły się po dwudziestu minutach i porządek oraz kolejka debaty zostały złamane, gdy Trump odpowiadał Hilary Clinton na jej zaczepki „na bieżąco”. Ciekawym momentem stała się dyskusja o podatkach. Tutaj, tradycyjne podejście do podatków definiujące podział na republikanów i demokratów zostało zepchnięte przez Clinton na rzecz dyskusji o nieujawnieniu zeznań podatkowych przez Trumpa. Kandydat Republikanów ripostował, że nie może ich ujawniać, dopóki trwa federalny audyt jego podatków, ale pomimo tego jest gotów to zrobić, gdy Clinton ujawni zawartość służbowych e-maili z jej prywatnego serwera.  

W pozostałych dwóch częściach debaty ton wypowiedzi obojga kandydatów nieco złagodniał. Dyskusja skoncentrowała się na temacie podziałów rasowych i niedawnych napięć co, do działań policji. Clinton była tu bardziej zachowawcza stawiając na ogólnikowe stwierdzenie o budowaniu zaufania, a Trump bardziej stanowczy mówiąc o konieczności walki z przestępczością.

W ostatniej części o bezpieczeństwie padł temat zagrożenia ze strony Rosji, wyciągnięty przez Clinton w związku ze wcześniejszymi kontrowersyjnymi wypowiedziami Trumpa. Kandydat Republikanów zwracał uwagę na udzielone mu poparcie od grupy wyższych rangą oficerów i weteranów amerykańskiej armii. Clinton starała się kontrować te deklaracje swoim stażem w Departamencie Stanu.

Padła tez ważna dla europejskich partnerów kwestia sojuszu NATO. Donald Trump twierdził, że inne kraje powinny zwiększyć swoją odpowiedzialność i udział w kosztach, ale ta wypowiedź nie została ostatecznie rozwinięta. Poruszono również kwestię wojny w Iraku, a Donald Trump zwracał uwagę na nieporadność administracji Obamy w końcowej fazie wojny, a Clinton ripostowała, że Trump sam również popierał wojnę w Iraku.

Komentatorzy zwracali uwagę, że Clinton przyszła na debatę z kilkoma przygotowanymi wcześniej przez jej sztabowców uderzeniami i wyćwiczonymi wypowiedziami, na które Trump w niektórych wypadkach odpowiadał zbyt enigmatycznie, sprawiając w tej kwestii wrażenie słabiej przygotowanego. Z drugiej jednak strony to właśnie Clinton, poza erystycznymi sztuczkami nie wskazywała konkretów i egzystowała na poziomie ogólników. Wykorzystał to Donald Trump, który przez cały czas kampanii wypracował sobie pewną odporność wizerunku na różne kontrowersje.

Przy generalnie wyrównanych sondażach, uzyskanie wyraźnej przewagi po pierwszym starciu obojga kandydatów nadal pozostaje otwartą kwestią. Kolejne debaty i najbliższe tygodnie okażą się w tym względzie decydujące.