Rządy Prawa i Sprawiedliwości poza powierzchowną warstwą zwykłej walki politycznej można odbierać również w innej płaszczyźnie – jako rozprawę z elitami zgniłej III RP. Niby przez lata wszyscy gremialnie narzekaliśmy np. na stan naszego sądownictwa i wiedzieliśmy, że to patologiczne środowisko, ale dopiero w ostatnich miesiącach stało się to powszechną wiedzą.

To poczucie zagrożenia przywilejów wyzwoliło w sędziach najgorsze instynkty, do tego stopnia, że zaczęli się oni przedstawiać jako „nadzwyczajna kasta ludzi”. Nie są bynajmniej w tym odosobnieni. Za równie nadzwyczajne, będące ponad prawem i zasadami, mają się też inne grupy społeczne. Prawnicy, artyści, profesorowie uczelni, dziennikarze, politycy – wszyscy oni czują się nietykalni, budując wokół siebie aurę wyjątkowości. Kto nie jest w stanie przyswoić dogmatu, że taki Tomasz Lis czy inny Wojciech Łączewski to europejska, a nawet ogólnoświatowa elita, ten zasługuje tylko na ich pogardę. Niesamowicie bawi mnie ta bufonada pseudoelit. Z przyjemnością będę oglądał, jak ten system wzajemnej adoracji się sypie. Bo dzisiaj, jak na razie, nic nie wskazuje, że miałoby być inaczej.