Stopień odrażającej nienawiści do Kościoła katolickiego w tygodniku Tomasza Lisa jest porównywalny do „Nie” Jerzego Urbana. To jest poziom pracy Departamentu IV MSW PRL. Ten departament zajmował się prócz skrytobójstw także inwigilacją księży i osób wierzących, funkcjonariusze chodzili na msze, zapisując, kto w nich uczestniczy. Michał Krzymowski w tajemniczy sposób przejął mentalne dziedzictwo Departamentu IV SB – mówi Piotr Woyciechowski, prezes Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych SA, w rozmowie z „Gazetą Polską”.

Jednym z argumentów, który powtarzają atakujący Pana publicyści, jest Pana wykształcenie, z którego wynikać ma brak przygotowania do pełnionej funkcji.

- Ta teza jest kompletnie nietrafiona, o czym świadczy mój dotychczasowy staż w biznesie. Pomijam fakt, że z wykształcenia jestem astronomem i politologiem, a wielu innych prezesów spółek ma właśnie wykształcenie ścisłe. Moim krytykom podam efekty mojej pracy jako prezesa spółki komunalnej na warszawskiej Ochocie i prezesa firmy Naftor. Obie spółki przejąłem w fatalnej kondycji finansowej, źle zarządzane borykały się z problemami finansowymi. Na koniec mojej prezesury każda z nich mogła wykazać się wielomilionowymi zyskami. To jest najlepsze świadectwo i rekomendacja dla każdego menedżera.

Teraz mamy kolejną falę krytycznych artykułów.
- Ostatnia publikacja „Newsweeka” autorstwa Michała Krzymowskiego z końca lipca dotycząca funkcjonowania Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych to ewenement, jeżeli chodzi o ostatnie lata w ramach tzw. śledzenia ludzi związanych z Antonim Macierewiczem, którzy pełnili różne funkcje publiczne. Na przestrzeni ostatnich tygodni ten atak pojawia się już w zupełnie innym kontekście i moim zdaniem chodzi tu przede wszystkim o coś innego, nie tylko o walkę personalną.

Co Pana zdaniem było powodem?
- Ten artykuł pojawił się prawdopodobnie w wyniku zlecenia mającego na celu dyskredytację spółki.

PWPW stoi przed ogromną szansą pozycjonowania się na rynku międzynarodowym. Mamy szansę stanąć na równi z wielkimi koncernami, między innymi niemieckimi i brytyjskimi. Chodzi o dostęp do rynków Afryki, Ameryki Południowej i Środkowej w uzyskiwaniu zleceń na druk banknotów, dokumentów podróży i kart IT. Wiosną tego roku minister Skarbu Państwa podjął decyzję o wyrażeniu zgody na zakup trzech ultranowoczesnych maszyn na kwotę ponad 150 mln zł. Od 25 lat takiej modernizacji parku maszynowego spółka nie przeżywała. W 2017 r. zostaną one tutaj zamontowane. To zwiększy ogromnie nasze możliwości konkurencyjne na rynkach międzynarodowych. W czerwcu tego roku sprzedaliśmy spółkę zależną, działającą na rynku e-płatności, za 75 mln zł. Skarb Państwa pozwolił nam te pieniądze zatrzymać i przeznaczyć na innowacje, nowe patenty i technologie. Spółka osiągnęła też rekordowe wyniki finansowe za 2015 r. i w znacznej części właściciel zostawił je na dalsze nowe inwestycje. Takiego potencjału na takich warunkach PWPW nigdy nie miała.

Ale ataki na PWPW pojawiały się też w innych mediach także wcześniej?
- Takiej pracy jak pan Michał Krzymowski z tygodnika „Newsweek” nikt nie wykonał. Uważam, że było to uderzenie mające na celu zdyskredytowanie PWPW zarówno teraz, jak i w przyszłości. Po publikacji zleciłem dwóm ekspertom wysokiej klasy, pracującym w przeszłości dla służb specjalnych, dokonanie analizy kontrwywiadowczej tego przypadku. Tych dwóch panów, niezależnie od siebie, po dużym stażu w różnych służbach, doszło do tego samego wniosku. Ich analizy miały ten sam mianownik – obaj stwierdzili, że nasza konkurencja korzysta na tej publikacji. Według nich wiąże się ona bezpośrednio z naszymi staraniami o pozostanie na rynku armeńskim. Akurat wtedy byliśmy w trakcie uzyskiwania wielkiego zlecenia na produkcję miliona paszportów.

To jest główna oś wyniku tej analizy i jest to kwestia odpowiedzialności korporacyjnej spółki Axel Springer oraz osobistej dziennikarza, który to pisał. Służby prawne PWPW są na końcowym etapie opracowania pozwów o ochronę dóbr osobistych oraz zawiadomień o przestępstwie kierowanych do prokuratury.

Jak to wpłynęło na negocjacje w Armenii?
- Na szczęście ci, którzy chcieli nam przeszkodzić w pozostaniu na tamtym rynku, ponieśli sromotną klęskę. W zeszłym tygodniu do Polski wróciła delegacja, która przywiozła ze sobą dwie umowy na produkcję miliona paszportów niebiometrycznych oraz kilkudziesięciu tysięcy paszportów biometrycznych. Każdy obywatel Republiki Armenii nosi przy sobie paszport produkowany w PWPW i dowód osobisty wyprodukowany w PWPW.

Niedocenianym problemem na polskim rynku jest wykorzystywanie prasy przez duże koncerny do lobbowania, do niszczenia polskich przedsiębiorstw, polskich innowacji. Bo one w rzeczywisty sposób, poprzez nasz potencjał i nasze możliwości, mogą zagrozić interesom tych koncernów, nie tylko na rynku naszym, lecz także międzynarodowym. To główny cel – reszta spraw jest pochodną i załatwianiem swoich personalnych animozji przy okazji.

W tekście, jaki ukazał się w „Newsweeku”, został Pan przedstawiony niczym bezduszny potwór, który zwalnia ojca trójki dzieci.
- To drastyczna manipulacja, jaka została użyta przeciwko mnie oraz spółce. Historia zwolnionego pracownika to klasyczne „radio Erewań”. Czy został zwolniony? Tak. Czy jest wdowcem? Tak. Czy samotnie wychowuje dzieci? Nie, bo dzieci są już dorosłe, a wspomniany mężczyzna jest już od dawna powtórnie żonaty. Oczywiście historia zwolnionego pracownika, który ma dorosłe dzieci i żonę u boku, nie jest tak chwytliwa medialnie jak historia zwolnionego wdowca opiekującego się trójką maleńkich dziatek. Dodajmy, że mowa o osobie z wykształceniem prawniczym, dla której nie powinno być problemem znalezienie na rynku nowego pracodawcy, w zasadzie z dnia na dzień.

Dziennikarzom niemieckich mediów nie podoba się także to, że jest Pan wierzący.
- Tak, pan redaktor z „Newsweeka” pomieszał sferę sacrum z biznesem i sprawami wewnętrznymi spółki. Tutaj nie ma się co dziwić. Stopień antyklerykalizmu, wręcz odrażającej nienawiści do Kościoła katolickiego w tygodniku Tomasza Lisa jest porównywalny do „Nie” Jerzego Urbana. Dziennikarz „Newsweeka” Michał Krzymowski najpierw atakował zarząd PWPW pytaniami o to, czy chodzimy na poranne czy popołudniowe msze św., a później wyprodukował kilkustronicowy tekst na podstawie jednego anonimowego donosu. Pytania dotyczyły na przykład tego, czy to prawda, że nowi prezesi zapraszali do siebie księży, żeby poświęcili pomieszczenia przez nich zajmowane. To jest poziom pracy Departamentu IV MSW PRL. Ten departament zajmował się oprócz skrytobójstw także inwigilacją księży i osób wierzących, funkcjonariusze chodzili na msze, zapisując, kto w nich uczestniczy. Krzymowski w tajemniczy sposób przejął mentalne dziedzictwo Departamentu IV SB.

Całość wywiadu w tygodniku „Gazeta Polska”