Czy Belfast znów spłynie krwią? Po niedzielnym zabójstwie Johna Borelanda, jednego z najbardziej rozpoznawanych przywódców lojalistów w Irlandii Północnej, po raz kolejny odżywają obawy o możliwość powrotu do „Kłopotów” (ang. „The Troubles”), jak eufemistycznie nazywany jest krwawy konflikt sprzed lat.

Zastrzelony w niedzielę przed swoim domem w Belfaście 46-letni John Boreland dowodził jedną z najbardziej bezwzględnych swego czasu organizacji paramilitarnych w Europie – Ulster Defence Association (UDA, Stowarzyszenie Obrońców Ulsteru). Ta działająca także pod nazwą Ulster Freedom Fighters (UFF) organizacja paramilitarna, założona została w 1971 r. przez północnoirlandzkich lojalistów, w obliczu zaognienia toczącego się od końca lat 60. XX w. konfliktu w tym kraju. UDA stawiała sobie za cel walkę z IRA oraz docelowo utrzymanie Irlandii Północnej w ramach Zjednoczonego Królestwa. I choć od dłuższego czasu UDA (i sam konflikt) pozostawały w uśpieniu, zabójstwo jej lidera może to zmienić.

Wygaszony konflikt

Jak dowodzi część obserwatorów, UDA i jej satelity przez długi czas były kontrolowane i używane przez brytyjski rząd centralny w celu eliminacji fizycznej bojowników IRA. Z kolei republikanie mogli liczyć na wsparcie emigracji irlandzkiej w USA, ale także na źródła z Libii, Związku Sowieckiego i Palestyny. Nie do przecenienia jest rola KGB, które na przełomie lat 60. i 70. poprzez fabrykę Omnipol w Czechosłowacji usiłowało dostarczyć IRA m.in. materiały wybuchowe. Do najkrwawszych wydarzeń doszło w Derry, kiedy to 30 stycznia 1972 r. brytyjskie wojsko otworzyło ogień do pokojowej manifestacji domagającej się cofnięcia prawa zezwalającego władzom na internowanie dowolnego Irlandczyka podejrzewanego o terroryzm. W wyniku masakry, nazwanej później „Krwawą niedzielą” (ang. „Bloddy Sunday”), zginęło 14 osób.

Sama lojalistyczna UDA w latach 70., u szczytu swojej potęgi, miała pomiędzy 15 a nawet 40 tys. członków. Parając się legalnymi i nielegalnymi metodami, zbierała środki do walki z separatystami z IRA. Powstała pierwotnie jako „lokalna straż obywatelska”, która w deklaracji stawiała sobie za cel obronę protestanckiej ludności w Irlandii Północnej. Szybko jednak okazało się, że to jedynie deklaracje. Ogółem oblicza się, że UDA i jej satelity są odpowiedzialne za śmierć ponad 400 osób, głównie katolików i przedstawicieli republikanów. Co istotne, rząd brytyjski oficjalnie zakazał działalności organizacji dopiero w 1992 r., a ona sama od 1994 r. deklaruje całkowite zawieszenie broni. Historia pokazuje, że wszelkie terrorystyczne działania UDA były dokonywane pod szyldem Ulster Freedom Fighters, tak by nie można było oskarżyć o nie członków UDA.

Do najsłynniejszych ataków UDA/UFF należy m.in. zabójstwo Patricka „Paddy’ego” Wilsona, katolickiego nacjonalisty, twórcy Socjaldemokratycznej Partii Pracy, i jej pierwszego sekretarza generalnego. Wilson został znaleziony z poderżniętym gardłem w swoim minimorrisie nad ranem 26 lipca 1973 r. Wraz z nim zginęła jego protestancka przyjaciółka – Irene Anders. Jak zeznał później jeden z liderów UDA, jej członkowie byli przekonani, że zabijają katolików.

Z kolei IRA od początku lat 70. przeprowadzała zamachy bombowe, w których ginęli brytyjscy żołnierze, ale nie tylko. W 1979 r. po dwóch zamachach przeprowadzonych jednego dnia zginął lord Louis Mountbatten, ostatni wicekról Indii, i kilkunastu wojskowych. Z kolei w październiku 1984 r. z życiem ledwo uszła Margaret Thatcher, kiedy podczas zjazdu Partii Konserwatywnej w hotelu wybuchła bomba, zabijając pięć osób. Jednym z ostatnich tak krwawych akordów był zamach w Omagh z 1998 r., już po podpisaniu porozumień o zawieszeniu broni. Wtedy to Prawdziwa IRA – radykalny odłam organizacji – zabiła 31 osób, a ponad 100 zostało rannych.

Toczące się przez blisko trzy dekady „Problemy” (ang. „The Troubles” – apogeum konfliktu w Irlandii Północnej przypadającego na II połowę XX w., zakończonego zawieszeniem broni w 1998 r. – tzw. Porozumienie Wielkopiątkowe) pochłonęły ponad 3 tys. ofiar, za które bezpośrednia odpowiedzialność spada na parających się terrorystycznymi metodami członków UDA, IRA oraz ich satelitów, a także siły zbrojne i policję z Wielkiej Brytanii i Republice Irlandii.

To jednak historia, a w zasadzie jej mały wycinek. Przedstawienie całości konfliktu dalece wykracza poza objętość „Codziennej”. Warto jednak uświadomić sobie, że niedzielne zabójstwo lidera raczej zapomnianej w Europie UDA rzuciło jeszcze jeden cień na niemogącą otrząsnąć się z pobrexitowego chaosu Wielką Brytanię.

Mord polityczny

– Zastrzelony w niedzielę Boreland to pierwsza od lat ofiara politycznego mordu na tak wysokim szczeblu – pisze wydawany wydawany w Wielkiej Brytanii polski tygodnik „Polish Express”. Nie jest to do końca prawda. W ubiegłym roku zamordowano w Belfaście Kevina McGiuna, byłego członka Provinsional IRA (radykalny odłam organizacji). Później na krótki okres aresztowano dwóch przewodniczących północnoirlandzkiej Sinn Fein.

Na internetowej stronie gazety większość biorących udział w sondzie internautów jest zgodna, że „może znów dojść do wojny”. To prawda. Już w marcu tego roku we wschodnim Belfaście wysadzono w powietrzę pojazd służby więziennej. Wówczas radykalni republikanie zapowiadali, że przygotowują zamachy terrorystyczne, w których będą ginęli funkcjonariusze policji, żołnierze i służba więzienna. To taktyka znana z wcześniejszej działalności IRA, która w deklaracjach nie obierała za cel ludności cywilnej (co oczywiście nie uchroniło postronnych ludzi od śmierci).

Po morderstwie Borelanda jego sąsiedzi cytowani przez brytyjską prasę nie ukrywali, że łączą zabójstwo z powrotem do „Problemów”. – Od razu wiedziałam, co się dzieje. Pomyślałam tylko: „o nie, tylko znów nie to” – powiedziała „Belfast Telegraph” 75-letnia Vera Jameson, sąsiadka zastrzelonego lidera UDA.

Policja w Belfaście podejrzewa również, że morderstwo Borelanda może być wynikiem wewnętrznych tarć pomiędzy lojalistami. Część źródeł mówi także, że lider UDA zginął w porachunkach na tle narkotykowym. Do tego, że był to jednak konflikt w łonie lojalistów, przychylają się śledczy, utrzymując jednocześnie, że ostrzegali mężczyznę, iż jego życie jest zagrożone. To zresztą nie pierwszy atak na niego. Przed dwoma laty był już postrzelony przez „rywali” z grona lojalistów.

Brexit, czyli „Kłopoty”

Jak podawał „The Guardian” jeszcze przed głosowaniem ws. opuszczenia Unii Europejskiej, to właśnie możliwość powrotu „Kłopotów” sprzed lat w największym stopniu spędzała i spędza sen z powiek mieszkańcom Irlandii Północnej. „Na prowincji wciąż obecny jest terroryzm, a paramilitarne organizacje tylko czekają, by wznowić swoje działania” – czytamy. Ale nie tylko oni. Już w marcu br. Sinn Fein, polityczne skrzydło IRA, ustami swojego lidera Declana Kearneya apelowało, że w obliczu ewentualnego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej konieczne będzie referendum za połączeniem obu Irlandii. Powtórzył on te deklaracje już po głosowaniu i jego wiadomym wyniku. Na uwagę zasługuje fakt, że Kearney jest politykiem z Irlandii Południowej. Takie samo stanowisko zajęła także Sinn Fein z Północy.

– Angielskie głosy skutecznie wyciągnęły nas z Europy – powiedział tuż po głosowaniu Martin McGuinness. Ten w młodości związany z IRA polityk jest zastępcą pierwszego ministra Irlandii Północnej i członkiem brytyjskiej Izby Gmin, jednak nie bierze jakiegokolwiek udziału w jej pracach. McGuinness wprost powiedział, że w obliczu Brexitu sprawa referendum nad zjednoczeniem obu Irlandii „zyskała na ważności”.

Tylko naiwni mogą myśleć, że takie referendum miałoby pokojowy przebieg, zważywszy na dziwny splot tych deklaracji z groźbami radykałów. Nie dziwi oczywiście, że absolutnie przeciwne referendum są władze w Belfaście.

W samym głosowaniu większość mieszkańców Irlandii Północnej opowiedziała się za pozostaniem w UE (56 proc.). Nic dziwnego, niepewna przyszłość każe stawiać pytania o to, jak będą wyglądały stosunki Północy z Południem. Czy powstaną zasieki i wrócą kontrole graniczne? Co z samym porozumieniem o zawieszeniu broni z 1998 r., które zakładało, że Wielka Brytania jest w Unii Europejskiej?

Polacy i inni

Niezależnie od tego, czy zabójstwo Borelanda było wynikiem frakcyjnych tarć w pozostającej w uśpieniu UDA, czy pierwszym od lat atakiem republikanów na wysokiego przedstawiciela lojalistów, pewne jest jedno – wraz z wdrażaniem w Wielkiej Brytanii procedury Brexitu napięcia pomiędzy zwaśnionymi od dekad mieszkańcami Irlandii Północnej będą się nasilały.

Nie pozostaje to bez wpływu na polskich emigrantów. Polacy są największą grupą narodowościową w tym kraju. Według badań brytyjskiego departamentu rozwoju społecznego (grudzień 2015 r.) naszych rodaków jest tam 31 tys. To więcej niż... Irlandczyków z południa. Tych według danych jest 29,5 tys. Warto wspomnieć, że emigranci z Polski w przeszłości wielokrotnie padali ofiarą ataków ze strony Ulster Volunteer Force (inna bojówka lojalistyczna). Naszych rodaków w Belfaście oskarżano o popieranie IRA. Prawdopodobnie jedynie ze względu na deklarowany katolicyzm.

O tym, że sytuacja jest napięta, informowało nawet polskie MSZ. W ubiegłym miesiącu Konsulat Generalny RP w Edynburgu wystosował do mieszkających w Irlandii Północnej Polaków ostrzeżenie przed 12 lipca, kiedy odbywają się marsze oranżystów (rocznica bitwy nad rzeką Boyne w 1690 r., w której wojska protestanckiego króla Wilhelma III Orańskiego pokonały Jakuba II Stuarta, ostatniego katolickiego monarchę Anglii, Szkocji i Irlandii). Polskie MSZ ostrzegało, że może wówczas dojść do „napięć w środowisku lokalnym. Zwłaszcza w przypadkach, kiedy trasy organizowanych parad przebiegają przez dzielnice katolickie”. „Z uwagi na trudną sytuację spowodowaną wynikiem referendum w sprawie Brexitu sugerujemy zachowanie ostrożności w stosunku do wydarzeń poprzedzających tegoroczne parady” – czytamy w komunikacie konsulatu w Edynburgu. Warto zauważyć, że sami Polacy starają się zmienić sposób, w jaki są postrzegani. Jak pisał serwis Niezależna.pl: „W maju br. w Belfaście odsłonięto mural poświęcony pamięci gen. Stanisława Sosabowskiego. Na malowidle – oprócz gen. Sosabowskiego – widnieją piloci z Dywizjonu 303, który po zakończeniu działań w bitwie o Anglię stacjonował w Ballyhalbert w Irlandii Północnej” – czytamy. „Mural powstał z inicjatywy lokalnej społeczności. Ma on także zmienić postrzeganie Polaków oraz poprawić relacje społeczne”.

Koniec status quo

Od rosyjskiej agresji na Ukrainę i aneksji Krymu, przez Brexit, ewentualny konflikt w Irlandii Północnej wpisałby się w serię wydarzeń, które przekreślałyby status quo w Europie. W wypadku tarć o Belfast trudno oprzeć się wrażeniu, że gwarantem względnego spokoju w tym regionie była Wspólnota Europejska. Czas pokaże, czy odpowiedź na pytanie

„Quis separabit?” (łac. „Kto nas rozdzieli? ”), będące dewizą Irlandii Północnej, może już wkrótce doczekać się odpowiedzi, bo połączenia obu Irlandii raczej nie można się spodziewać.