Czym, pomijając sprawy polityczne, powinna się różnić telewizja państwowa od komercyjnej? Gdyby o to spytać przeciętnego przechodnia, to zapewne by odpowiedział, że w telewizji publicznej, czyli należącej do obywateli, programy i filmy nie są przerywane reklamami. Przecież telewizja publiczna, przynajmniej w Polsce, utrzymuje się z abonamentu. Oczywiście sprawa jego ściągalności to zupełnie inna kwestia. Wiadomo, że reklamy w telewizji publicznej są potrzebne, bo dodatkowy zysk jest ważny dla możliwości produkcyjnych tej stacji, ale w zdecydowanie mniejszym stopniu niż u nadawcy prywatnego. Szkoda więc, że tej prostej prawidłowości nie wzięły pod uwagę osoby układające olimpijską ramówkę w TVP. Prawdę mówiąc, wkurza mnie, kiedy każdemu łączeniu ze studiem w Rio de Janeiro towarzyszy pani, mająca problem z oddawaniem moczu, lub inna pani, robiąca zdjęcia swojemu niemowlęciu, które zadziwia świat nadzwyczajnym zamiłowaniem do koszykówki. Znowu, jak cztery lata temu w Londynie, mamy do czynienia z blokiem reklam z rzadka przerywanym transmisjami z igrzysk olimpijskich. A przecież ponoć coś w naszej telewizji od tego czasu się zmieniło.