Pomimo serii ataków terrorystycznych w Niemczech i rosnącej fali społecznego strachu pozycja Angeli Merkel nadal jest mocna i wydaje się być w tej chwili niezagrożona. Kanclerz – jak zawsze – może liczyć na sprzyjające jej polityce mainstreamowe media.

Wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, ale za to przy zdecydowanie sprzyjających mainstreamowych mediach, Angela Merkel cieszy się dużym poparciem społecznym. Zdecydowana większość Niemców nie obwinia swojej kanclerz za prowadzoną politykę imigracyjną. Ich zdaniem „trzymanie otwartych drzwi dla wszystkich uciekinierów” nie ma nic wspólnego z serią ataków terrorystycznych w ich kraju.

Według najnowszego sondażu aż 69 proc. pytanych twierdzi, że za serię zamachów w Bawarii w żadnym razie nie jest odpowiedzialna pani kanclerz, ani jej polityka „Multikulti”. Ta część Niemców nadal twierdzi, że nie należy w żadnym stopniu łączyć islamskiego terroru z uchodźcami, którzy przybyli do Niemiec. Co prawda 28 proc. jest odmiennego zdania, przypisując Merkel zdecydowaną odpowiedzialność za obecny stan zagrożenia, ale media nie nagłaśniają już tego faktu. Zdecydowana większość gazet i mediów elektronicznych na pierwszych stronach i w pierwszych informacjach podaje, że społeczeństwo nie obwinia kanclerz za zamachy.

Wyniki sondażu tym bardziej zdumiewają, że już na inne pytanie sondażowe, zadane dzień wcześniej: Czy nadal wierzysz w hasło propagandowe Angeli Merkel dotyczące jej polityki imigracyjnej „Wir schaffen das” (Nam musi się udać) - tylko 8 proc. odpowiedziało pozytywnie, reszta już w to zapewnienie nie wierzy, natomiast 66 proc. jest zdania, że polityka ta poniesie klęskę. Pomimo to – nawet ich zdaniem – nie odpowiada za to Angela Merkel. Z wielu wypowiedzi niemieckich publicystów, ekspertów oraz z rozmów ze zwykłymi ludźmi wynika, że winę za niepowodzenie europejskiej (czytaj: berlińskiej) polityki imigracyjnej ponosi nie niemiecka kanclerz, lecz... kraje, które odmawiają przyjęcia uchodźców jak np. Polska, Słowacja czy Węgry.

30 lipca odbyła się w Berlinie demonstracja przeciw polityce migracyjnej Angeli Merkel. Mainstream oczywiście wcześniej nie informował w swoich mediach o tym wydarzeniu, a pomimo to na ulice wyszło ponad 1500 ludzi, żądając odejścia kanclerz Angeli Merkel. Po demonstracji próbowano wagę tego protestu pomniejszać i deprecjonować, sugerując, iż coraz mniej ludzi jest zainteresowane wychodzeniem w tej sprawie na ulice. Od razu uczestników protestu nazwano skrajną prawicą, co wzbudza w Niemczech dużą niechęć.

Aby uspokoić społeczeństwo, już następnego dnia wszystkie agencje i najważniejsze stacje telewizyjne bez ustanku trąbiły, że według Federalnego Urzędu ds. Migracji i Uchodźców w Norymberdze (BAMF)... zarejestrowano i sprawdzono wszystkich uchodźców, którzy przybyli do RFN w 2015 r. Katja Wilken-Klein (pracownik tego urzędu) poinformowała, że każdy z ponad miliona uchodźców, którzy w roku 2015 przybyli do Niemiec, został zarejestrowany przez urzędy - z odciskami palców, zdjęciami oraz danymi personalnymi łącznie.

Ta informacja wzbudziła wiele wątpliwości i - jak się okazało już po kilkunastu godzinach - słusznie. Okazało się, iż zarejestrowano nie wszystkich azylantów, lecz „dużą ich część”.