Powstanie zapewniło Polsce to, że nie zostaliśmy 17. republiką sowiecką, zachowaliśmy odrębność państwową, co w latach późniejszych ułatwiło odzyskanie niepodległości. Jest także konieczne mówienie Europie, że to powstanie powstrzymało na 7 miesięcy ofensywę sowiecką na Europę, której groziło, tak jak Polsce, znalezienie się na długie lata pod sowieckim butem - z gen. broni Januszem Brochwicz-Lewińskim „Gryfem” z Batalionu „Parasol” rozmawiają Agnieszka Bogucka i Jarosław Wróblewski.
.
Panie generale, czy czekał Pan na wybuch powstania w Warszawie?
Kilka dni przed powstaniem pojawiła się wiadomość, że jest planowana taka akcja. Byliśmy w pogotowiu, czekaliśmy na rozkaz, na uruchomienie akcji. Miejsce koncentracji bojowej batalionu „Parasol” było ustalone na Dom Starców przy ul. Karolkowej. Mój pluton zbierał się na Elektoralnej w mieszkaniu jednego z kolegów z plutonu, czekaliśmy na kilku chłopaków, którzy się spóźniali. Rozkaz przyniosła łączniczka około 16.00 – małą karteczkę, na której podano godzinę koncentracji – 17.00. Mieliśmy postarać się na tę godzinę być na Karolkowej. Broń była dostarczona dla nas ze skrytek przez łączniczki, które wcześniej przyniosły kilka walizek z bronią. Czekaliśmy na powstanie jak na zbawienie, chcieliśmy bardzo mieć wolny kraj, po latach upokorzeń, morderstw i krzywd od okupanta chcieliśmy wolnej Polski, wierzyliśmy głęboko, że nam się uda, że to jest możliwe. Po prostu wszyscy rwaliśmy się do walki. Byliśmy pewni, że przyjdzie zwycięstwo, z pomocą całego narodu wywalczymy w krótkim czasie wolność. Wierzyliśmy w pomoc aliantów, w nasze wojsko na Zachodzie, które mogło przybyć nam z pomocą.

Jak Pan zapamiętał wtorek, 1 sierpnia 1944 r?
Dzień był ciepły, ale nie gorący, było pochmurno, od czasu do czasu padał mały deszcz. Mieszkałem wtedy na Bonifraterskiej, byłem w domu do 11.00, potem wyszedłem, żeby spotkać moich ludzi, załatwiłem jeszcze sprawę broni i amunicji, jakiś obiad w przelocie i powoli udaliśmy się na Elektoralną. Wielkie emocje – czekanie na ten upragniony sygnał, że już. Rozkaz na piśmie od dowódcy batalionu Adama Borysa ps. „Dyrektor” zawierał polecenie stawienia się plutonu na miejscu koncentracji. To był moment szczęśliwej chwili, że możemy nareszcie iść do walki po zwycięstwo, ale też zemstę za cały ten terror pięciu lat okupacji. Całym sercem wierzyliśmy w zwycięstwo. Nikt się nie bał, nie myślał o strachu, każdy miał wielką determinację, by iść do walki na nieprzyjaciela. Nie było takich, którzy by się bali. Może byliśmy bardzo fanatyczni, tyle czasu czekaliśmy na tę chwilę, to był prawdziwy wybuch radości. Wychodziliśmy po kolei i skierowaliśmy się w kierunku Woli. Po drodze natknęliśmy się na bunkier Nordwache na rogu Żelaznej. Niemcy mieli dwie wieże z karabinami maszynowymi, które obrzuciliśmy filipinkami. Załoga niemiecka uciekła z tych stanowisk ogniowych w głąb budynku, dzięki czemu mogliśmy poruszać się dalej do naszego celu. Mieliśmy już dwóch rannych: jednego w nogę, drugiego w rękę. Resztę drogi do celu udało się nam prześlizgnąć bez konieczności walki. Było już widać, że jest powstanie, bo ludzie wywieszali flagi biało-czerwone na domach, a Niemcy w pierwszych godzinach chowali się i uciekali. W ten sposób dotarliśmy na Karolkową, gdzie już zbierał się batalion, ale wielu ludzi ciągle brakowało, mieli trudności w dotarciu do celu. Kilku moim kolegom nie udało się dotrzeć, po latach okazało się, że musieli walczyć w innych jednostkach.

O co modlił się Pan w kościele na Woli?
Drugiego sierpnia w rejonie Żytniej było względnie spokojnie. Zrobiliśmy zbiórkę tych, którzy nie byli na zadaniach, na patrolu albo na warcie i dostali zezwolenie, aby pójść na mszę do kościoła ss. Miłosierdzia na Żytnią. Było nas tam ok. 100 ludzi. Mszę św. odprawił dla nas miejscowy ksiądz. Modliliśmy się bardzo żarliwie o szczęście w naszej walce, o ocalenie życia, ale też o to, aby nie być ciężko rannym, prosiłem Boga, aby raczej zginąć niż być jakoś bardzo okaleczonym. Była to wieczorna msza parafialna, którą zorganizowano, aby za nas się pomodlić i pobłogosławić nas – idących do akcji. Ludzie bardzo serdecznie i entuzjastycznie ściskali nas i życzyli szczęścia. Ksiądz pobłogosławił nam w tej atmosferze radości i nadziei na zakończenie tej strasznej okupacji niemieckiej. Wierzyliśmy mocno, że za kilka dni będziemy wolni.

Jacy byli Pana podkomendni?
Mój pluton liczył ok. 30 osób. To byli przeważnie uczniowie starszych klas gimnazjum i liceum, trochę studentów uniwersytetu. Bardzo entuzjastyczna i patriotyczna młodzież. Wszyscy rwali się do walki, każdy chciał mieć broń i bić nieprzyjaciela. Dołączali do nas ciągle młodzi chłopcy, często nie mieli jeszcze 16 lat, których używaliśmy jako łączników albo pomocników, którzy nosili meldunki i pocztę polową. „Parasol” był w tym szczęśliwym położeniu, że mieliśmy dużo broni zdobytej albo kupionej od Niemców, ale tym małym broni nie dawaliśmy, bo było jej za mało. Najbardziej pamiętam mojego przyjaciela Jurka Hołownię ps. Jur, Zbyszka Storożyńskiego ps. Fernando, obaj byli rocznik 1921. Był w naszej grupie sławny dziś poeta Józek Szczepański ps. Ziutek, autor naszej słynnej piosenki, którą napisał w Pałacyku Michlera, a która do dziś jest tak znana i lubiana. Później napisał jeszcze kilka wspaniałych utworów, szkoda, że ciągle są zbyt mało znane, np. „Chłopcy silni jak stal”, który stał się hymnem batalionu „Parasol”, albo „Czerwona zaraza”. Ziutek zginął później na Starym Mieście. Naszym przełożonym, dowódcą naszej I kompanii był mój wielki przyjaciel, starszy ode mnie o rok Stanisław Leopold ps. Rafał, wspaniały człowiek, szlachetny i ideowy. Zginął w pałacu Krasińskich w połowie sierpnia. Wspominam ich wszystkich jako bardzo piękną młodzież, bardzo pragnę, żeby o nich pamiętano i aby dzisiejsza młodzież brała z nich wzór patriotyzmu i oddania Ojczyźnie. Nie wolno pozwolić, żeby ich bohaterska ofiara była zapomniana albo lekceważona.

Pałacyk Michla – tam pokazał Pan swój przywódczy talent?
To była niewielka kamieniczka, rodzaj pałacyku dwukondygnacyjnego, który znalazłem, badając okolicę. Zajęliśmy go, bardzo uważając, aby Niemcy tego nie zauważyli. Siedzieliśmy tam cicho od 3 sierpnia. Ten obiekt miał tablicę informującą, że jest obiektem pracującym dla Niemców. To była dodatkowa ochrona dla nas. Dom był pusty, opuszczony przez właścicieli, słynnych wolskich młynarzy Michlerów. Liczyłem na to, że Niemcy nie zorientują się, że tam siedzimy. Cały dzień 4 sierpnia fortyfikowałem dom, używając worków z mąką, elementów żelaznych szyn, worków z piaskiem, starych mebli, żeby stworzyć dobre pozycje strzeleckie, wygodne dla dosięgnięcia celów, a dające strzelającym osłonę. Część moich ludzi – ok. dwunastu – posłałem do fabryki Franaszka po drugiej stronie ulicy. Faktycznie Niemcy zaniedbali zbadanie tych budynków i nie zorientowali się, że my tam jesteśmy. To ich dużo kosztowało, bo przy pierwszym szturmie zabiliśmy im wielu żołnierzy. Gdy podeszli pod nasze okna, idąc w natarciu na barykadę na Wolskiej przy Młynarskiej, znaleźli się pod naszym ogniem, jednocześnie z Michla i z Franaszka. Potrzebowali pięciu szturmów z użyciem broni pancernej i jednostki spadochronowej, aby nas wykurzyć z Wolskiej. Zajęło im to prawie cały dzień, od pierwszego szturmu ok. 6.00 rano, a ostatniego ok. 15.00. Wtedy musieliśmy wycofać się na Żytnią, przy Młynarskiej, żeby nie otoczyli nas i nie wykończyli. Miałem spore doświadczenie z dwóch lat w partyzantce, byłem ostrzelany i miałem sporo doświadczenia w tym, jak walczyć z nieprzyjacielem, który ma przewagę sił oraz ognia. Trzeba było wymyślać zasadzki i działać z zaskoczenia, aby oszukać nieprzyjaciela i osiągnąć sukces.

Jak dziś patrzy Pan na Powstanie Warszawskie? Jak wpłynęło ono na losy Polski?
Osobiście uważam, że idąc do powstania mieliśmy rację i nie mieliśmy też wyboru. Nikt nie spodziewał się tak wielkiej nienawiści do nas ze strony Rosjan, którzy za wszelką cenę zmierzali do zniszczenia niepodległej Polski. Sądziliśmy, że w dwa, trzy dni Rosjanie wejdą do Warszawy i pomogą nam Niemców stąd wypędzić. Stało się inaczej. Zdrada Rosji, która była naszym formalnym sojusznikiem, i także zdrada aliantów zachodnich, których pomoc ograniczyła się do organizowania zrzutów broni i zaopatrzenia, kosztem tych bohaterskich ochotników, którzy nieraz za cenę życia podejmowali loty nad Warszawę, aby nam pomóc. Stalin był tak bezczelny, że nawet zabronił lądowania tych samolotów na lotniskach rosyjskich za Wisłą, wskutek czego musieli oni zabierać na pokład oprócz transportu do zrzutu, paliwo na drogę w obie strony. Wielu tych bohaterskich lotników poległo zestrzelonych przez niemiecką obronę przeciwlotniczą. Tacy to byli sojusznicy. W Oflagu VII w Murnau spotkałem oficera rosyjskiego Łotyszonka, który był w Warszawie, gen. Bór kazał dać mu papiery AK, żeby go zaraz nie rozwalili Niemcy. Opowiedział nam, że Rokossowski chciał iść na pomoc Warszawie, ale Stalin mu zabronił, wysłał do Warszawy jeden batalion młodych żołnierzy, którzy ginęli masowo w nurtach Wisły i na Powiślu. Zabronił też ostrzeliwania pozycji niemieckich, które robiły nam krzywdę, a o nas mówił, że jesteśmy większymi wrogami Rosji niż Niemcy.

Uważam jednak, że powstanie zapewniło Polsce to, że nie zostaliśmy 17. republiką sowiecką, zachowaliśmy odrębność państwową, co w latach późniejszych ułatwiło odzyskanie niepodległości. Jest także konieczne mówienie Europie, że to powstanie powstrzymało na siedem miesięcy ofensywę sowiecką na Europę, której groziło, tak jak Polsce, znalezienie się na długie lata pod sowieckim butem. Wystarczy pomyśleć, jak wyglądałaby Europa dzisiaj? Jedziesz przez Niemcy i widzisz dokładnie różnicę w rozwoju tego samego narodu w zachodniej i we wschodniej zonie Niemiec. To jest moja odpowiedź.