Afgańczyk masakrujący siekierą pasażerów pociągu, Irańczyk strzelający do klientów centrum handlowego jak do kaczek, Syryjczyk zadający maczetą śmiertelne ciosy ciężarnej Polce i kolejny, który wysadza się w powietrze pod winiarnią. Bilans: 10 zamordowanych i około 60 rannych, w tym kilka osób w stanie śpiączki. Nasi zachodni sąsiedzi mają za sobą tragiczny tydzień, a nic nie wskazuje na to, by takie tygodnie nie miały się stać ich codziennością - pisze Olga Doleśniak-Harczuk w "Gazecie Polskiej”.

Młodzi, sfrustrowani i agresywni mężczyźni z islamskiego kręgu kulturowego nie od dziś przyprawiają o ból głowy niemieckich nauczycieli i policję, a napływ dodatkowych 2 mln, głównie muzułmańskich imigrantów (od 2015 r.), jeszcze bardziej ten stan pogłębia. Jedynym remedium byłoby wydalenie z Niemiec wszystkich, bez wyjątku, wyznawców islamu. Ponieważ tylko tak pozbyto by się cieplarnianych warunków dla terrorystów. Do tego jednak nie dojdzie. Ponieważ Niemcy, jak w prywatnej rozmowie zdradził mi pewien ekspert z Berlina, „to państwo prawa, które każdemu daje szansę”. A zatem wniosek jest jasny. Obywatele tego państwa prawa muszą się oswoić ze stanem permanentnego zagrożenia i spać z otwartymi oczami.

Fiasko polityki migracyjnej

W styczniu 2016 r. Niemcy żyli wydarzeniami z Kolonii. Zwykli ludzie starali się uporać z traumą, jaką pozostawiło poczucie bezsilności względem grupy rozzuchwalonych Arabów napastujących kobiety. Masa ludzka napierająca ze wszystkich stron była tak silna, że ojcowie i mężowie nie mieli możliwości, by wyrwać swoje żony, dziewczyny, córki z piekielnego kręgu. W szamotaninie, wyzwiskach, pod naporem setek obcych, agresywnych ludzi wielu Niemców dostało tej feralnej nocy pokazową lekcję upokorzenia. A co było dalej? Politycy nabrali wody w usta, media postanowiły nie relacjonować zajść z Kolonii, a policja dała się najzwyczajniej zastraszyć: z jednej strony politykom oczekującym od nich lojalności rozumianej jako milczenie na temat tego, co widzieli, a z drugiej strony arabskim kryminalistom, którzy wymachiwali im przed nosem zaświadczeniami o złożonym dopiero co wniosku o azyl. „Nie możecie nam nic zrobić, pani Merkel nas tu zaprosiła” – śmieli się w twarz policjantom.

Siedem miesięcy później trauma jest jeszcze silniejsza. Imigranci bowiem nie tylko potrafią molestować seksualnie w miejscach publicznych, lecz także – jak w rejonach objętych wojną – atakować i mordować w biały dzień. Sytuacja jest co najmniej niezręczna. Podczas gdy Berlin usilnie sprzedaje społeczeństwu wizję radosnej koegzystencji muzułmańskich uchodźców i rdzennych Niemców, przybysze z Afganistanu, Syrii, Tunezji, Maroka etc. najwidoczniej nie rozumiejąc, jak bardzo rząd niemiecki liczy na współpracę z ich strony, sabotują jego politykę, przypuszczając ataki na tubylców. Media co prawda dokładają starań, by agresję imigrantów ubrać w kaftan bezpieczeństwa zwalniający sprawców z wszelkiej odpowiedzialności za ich zbrodnie i czyniący z nich zarazem wolne elektrony oderwane od ummy (wspólnoty muzułmańskiej), ale wielu Niemców zaczyna się uodparniać na tę socjotechnikę. Zaczynają zadawać sobie pytania, o których jeszcze kilka lat temu zastraszeni perspektywą utraty pracy czy posądzenia o rasizm nawet bali się pomyśleć.

Polityka migracyjna rządu Angeli Merkel wymknęła się spod kontroli. Zwykli Niemcy oglądający na ekranach swoich telewizorów kolejne doniesienia o przybyszach atakujących siekierą czy maczetą przypadkowych ludzi, o agresorach, których przyjmowano jako „uciekinierów wojennych”, czyli ofiary zbrodniczych reżimów, a którzy teraz odwdzięczają się gospodarzom krwawą łaźnią, buntują się przeciwko tej samobójczej dobroczynności Berlina. Ten bunt nic jednak nie da. On mógłby coś dać, gdyby Niemcy faktycznie chciały stanąć w prawdzie, a rząd kanclerz Merkel przyznał się do błędu. Trudno jednak o samokrytykę, kiedy propaganda politycznej poprawności względem nietykalnych grup religijnych czy etnicznych (imigranci muzułmańscy to przykład modelowy) przebiega równolegle do zastanawiającej tendencji, by zrażać sobie środowiska Niemcom mimo wszystko życzliwe, a z pewnością bliższe kulturowo niż Afgańczycy czy Syryjczycy. Było coś symbolicznego w tym, że podczas gdy w piątkowy wieczór kanał informacyjny N24 informował o ataku na centrum handlowe w Monachium, kilka kliknięć pilota dalej, na kanale Arte, emitowano serial „Nasze matki, nasi ojcowie”. Na jednym kanale policja niemiecka mierzyła z broni do reporterów, którzy podeszli zbyt blisko miejsca akcji i gorączkowo poszukiwali sprawcy masakry, a na drugim rzekomy członek AK z budzącym odrazę akcentem wypowiadał słowa: „A Żydów potopimy jak koty”. Kilkanaście godzin później media niemieckie dwoiły się i troiły, by 18-letni Irańczyk, sprawca masakry, nie został uznany za islamskiego terrorystę. Potomkowie znieważonych AK-owców maczetą nie zaatakują, kobiety w centrum miasta nie zgwałcą, broni nie wyciągną, więc po co się z nimi liczyć? Gorzkie, ale chyba prawdziwe.

Młodzieżówka ISIS na stypendium w Niemczech

Riaz Khan Ahmadzai, 17-letni Afgańczyk, który 17 lipca br. siekierą zaatakował pasażerów pociągu relacji Treuchtlingen–Würzburg, zadawał swoim ofiarom ciosy z okrzykiem „Allahu Akbar”. W jego pokoju policja znalazła ręcznie namalowaną flagę tzw. Państwa Islamskiego, a sam samozwańczy kalifat przyznał, że chłopak działał w jego imieniu. Czy faktycznie działał, pewnie się nie dowiemy, dla ISIS każdy taki młodociany islamista to kolejny punkt w walce z cywilizacją Zachodu, nawet jeżeli nie był bezpośrednio zaangażowany w struktury kalifatu, to brodaci koledzy chętnie go przygarnęli. Tak jak przygarną pośmiertnie każdego innego „cichego wielbiciela”, który podzielając ich pasję do terroryzowania Europy w imię Allaha, chwyci za siekierę, maczetę czy finkę i pójdzie na łowy. Ale jak Riaz, ten narybek ISIS, dostał się do Europy? Otóż trafił do Niemiec jako tzw. nieletni bez opieki (NBO), taki status ma obecnie w Niemczech około 68 tys. młodocianych uchodźców w Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Najwięcej takich młodych odnotowano w okresie od 1 listopada 2014 do 18 stycznia 2015 r., bo aż 21 301, dla porównania – w 2008 r. przybyło takich osób niecały tysiąc. O azyl wnioskują prawie w 100 proc. sami chłopcy. Część z nich samowolnie oddala się od ośrodków dla młodzieży i przepada jak kamień w wodę. Jedni trafiają do arabskich gangów na przeszkolenie w kryminalnym fachu, dealowaniu, wymuszaniu haraczy, inni wpadają w siatki islamistyczne i radykalizują się, karmieni nienawiścią do Niemców, do Europy, do „tych, co mordują braci muzułmanów”.

Większość NBO nie ma przy sobie dokumentów, które pozwoliłyby w pełni potwierdzić ich wiek, nie bez przyczyny zresztą na stronie internetowej instytucji promującej przyjmowanie NBO wśród najczęściej zadawanych pytań widnieje: „Co zrobić, kiedy nieletni wcale nie jest nieletnim?”. W Niemczech, jak widać, rodziny zastępcze (do których trafiają NBO zakwalifikowani jako „szczególnie dobrze rokujący”) tak jak w Szwecji borykają się z „dziećmi”, które okazują się trzydziesto-, czterdziestoparoletnimi mężczyznami. Spryciarzami, dla których podawanie się za nastolatka jest fortelem, by wygodnie urządzić się w Europie. A jakie przywileje mają takie osoby? Po pierwsze: szybsze niż cała reszta prawo do łączenia rodzin i komfortowe w porównaniu ze zwykłymi ośrodkami dla uchodźców warunki pobytu. Już w 2015 r. padały głosy, że młodzi są wysyłani często jako pierwsi, a potem ściągają rodziców i rodzeństwo w ramach łączenia rodzin. Chadecy zastanawiali się nawet, jak ukrócić ten proceder i uniemożliwić nastolatkom składanie wniosków o sprowadzenie ich rodziców, ale organizacje praw dziecka i Jugendamty storpedowały te propozycje w imię „dobra dziecka”. Tymczasem opieka nad tymi dziećmi pochłania niemałe pieniądze. W zależności od landu, roczny koszt utrzymania jednego NBO to 40–60 tys. euro. Riaz Khan Ahmadzai załapał się więc na wszystkie przywileje dla nieletnich imigrantów, a równo rok i dwa tygodnie po przybyciu do swojej nowej, niemieckiej ojczyzny chwycił siekierę i rozprawił się z turystami w niemieckim pociągu (najbardziej bowiem ucierpiała chińska rodzina), a po ucieczce z miejsca zbrodni zdążył jeszcze z okrzykiem: „Załatwię cię, szmato!” dwukrotnie uderzyć w głowę siekierą kobietę spacerującą z psem. I tyle na temat dobrze rokującego na integrację Riaza, który – jak twierdzą jego zastępczy rodzice – był przemiłym chłopcem, bywał w meczecie, ale nie zdradzał oznak fanatyzmu religijnego i na dodatek pragnął zostać piekarzem. W okręgu Würzburg w 15 rodzinach zastępczych żyje dziś jeszcze 20 nieletnich uchodźców. Oni pewnie też są mili, w karnawał, tak jak Riaz, bawili się na całego w kolorowych perukach i wcale nie planują żadnego zamachu.

Nie uczą się na błędach

W 2010 r. federalne Ministerstwo ds. Rodziny i Młodzieży opublikowało 100-stronicowy raport poświęcony specyfice młodych muzułmanów mieszkających w Niemczech. Autorzy raportu obserwowali męską młodzież z drugiego i trzeciego pokolenia muzułmańskich imigrantów pod kątem ich skłonności do przemocy. Wnioski nie spodobały się politykom Die Linke, Zielonych i liberalnym mediom. Raport mówił bowiem wyraźnie, że młodzi muzułmanie są (w porównaniu z niemieckimi rówieśnikami i młodzieżą z innych państw niemuzułmańskich) zdecydowanie bardziej agresywni i porywczy. Ponieważ współautorem opracowania był turecki naukowiec, prof. Ahmet Toprak, trudno było raportowi zarzucić rasizm, co niechybnie by uczyniono, gdyby autorzy byli rdzennymi Niemcami. Tak czy inaczej, media próbowały zdezawuować wyniki raportu, a tezy mówiące o tym, że agresja muzułmańskich chłopców i młodych mężczyzn wynika „z wyznawanej religii, budzącego frustrację niskiego poziomu wykształcenia [nawet 30 proc. rzuca szkołę] i wychowania w kulcie macho”, uznano za stereotypowe i krzywdzące. A jak debata w Niemczech kończy się taką puentą, to oznacza jedno: nie ma ona racji bytu. I nie pomogły nawet ekspertyzy uznanego w Niemczech terapeuty rodzinnego Wolfganga Bergmana, który w komentarzu dla „Süddeutsche Zeitung” przyznał, że większość muzułmańskich nastolatków ma skłonność, by „komuś wlać do nieprzytomności”, co tłumaczył „zupełnie odmiennym niż w cywilizacji zachodniej podejściem do przemocy”.

W 2010 r. Niemcy nawet w najgorszym koszmarze nie śnili, że za pięć lat kanclerz Merkel otworzy bramy ich państwa dla ponad 2 mln przybyszów z państw zdominowanych tradycją islamu, a za lat sześć wchodząc do pociągu, idąc na zakupy czy na koncert, mogą spotkać na swojej drodze osobnika uzbrojonego w siekierę czy maczetę. Takie rzeczy tylko na filmach. Otóż nie tylko na filmach. Być może gdyby rząd czytał i brał sobie do serca wyniki raportów, które sam zleca, katastrofy można by uniknąć. Wystarczyło ze zrozumieniem przeczytać: „Muzułmańscy chłopcy i mężczyźni są zdecydowanie bardziej agresywni od pozostałych” i wyciągnąć wnioski, czyli nie wpuszczać kolejnych „muzułmańskich chłopców” do kraju, skoro nikt nie radzi sobie już z tymi, którzy są na miejscu. Koszt byłby mniejszy niż życie w poczuciu permanentnego zagrożenia i bezsilności. Nie sposób prewencyjnie postawić przy każdym uchodźcy policjanta, o członku specjalnej jednostki GSG9 nie wspominając. Nie można również sprowadzić kwestii bezpieczeństwa do zaangażowania Bundeswehry w obronę terytorialną, zwłaszcza że, aby tego dokonać, wpierw należałoby zmienić ustawę zasadniczą, a na to przyzwolenia nie ma i znając niemieckie realia, długo nie będzie.

Pomysł z zaostrzeniem prawa o dostępie do broni również nie przystaje do sytuacji. Po pierwsze: Niemcy mają w tej materii jedne z najostrzejszych przepisów na świecie, a po drugie: 18-letni sprawca z Monachium miał co prawda broń zakupioną w Darknecie, ale już Riaz atakował siekierą, Syryjczyk w Reutlingen maczetą, a zamachowiec z Ansbach oprócz ładunku wybuchowego miał przy sobie cały plecak wypełniony różnego rodzaju żelastwem. Zabić można nawet za pomocą długopisu czy plastikowej torby, ale to przecież nie powód, by zakazać ich produkcji. Terrorystyczny maraton w postaci Würzburga, Monachium, Reutlingen i Ansbach uświadomił zwykłym ludziom, że terrorysta może ich dopaść wszędzie i zaatakować tym, co ma pod ręką. – Pozbądźmy się iluzji, że jesteśmy w stanie każdego sprawcę działającego w pojedynkę zlokalizować i zapobiec tragedii, to jest niewykonalne – stwierdził tuż po zamachu w Ansbach Rainer Wendt, szef Związku Zawodowego Niemieckiej Policji. Mało optymistyczny komunikat dla Niemców, ale co prawda, to prawda.

Mohammad i Mohammad

21-letni Syryjczyk, który w minioną niedziele w biały dzień w Reutlingen zamordował maczetą Polkę, nie był islamistą. Ta informacja przebiła się na niemieckich portalach bardzo szybko. Motywy sprawcy sprowadzono do „kłótni w związku”. Polka miała być obiektem westchnień Syryjczyka, pracowali razem w barze z kebabem, zamordowana miała być w ciąży. Sprawca po zabiciu kobiety biegał po okolicy i ranił jeszcze pięć przypadkowych osób, w mediach ogłoszono, że „jest chwiejny psychicznie, tak jak sprawca z Monachium i Ansbach”. Czyli sami wariaci. Mohammad dodatkowo był wariatem agresywnym. W ośrodku dla uchodźców zajmował pojedynczy pokój, ponieważ uznano, że jest zbyt skory do przemocy, by mu dokooptować towarzysza. W poprzednim ośrodku, w którym mieszkał, wyznaczono nawet dla niego zakaz wstępu. Również z uwagi na agresywne zachowania. „Wciąż szukał zwady, był strasznie bitny” – opowiadają ci, którzy go poznali. A inni dodają: „Był dobrym człowiekiem, ale nadużywał narkotyków, alkoholu i ciął się potem żyletkami”. Sam „dobry człowiek” Mohammad nie pamięta, co zrobił, twierdzi, że przeżył black out. Policjanci musieli go chronić przed tłumem, który był bliski samodzielnego wymierzenia sprawiedliwości. „Die Welt” opisuje: „Ludzie z imigranckimi korzeniami wyzywali go, o mały włos, a doszłoby do linczu”. Czyli wszystko dobrze, jeżeli obcokrajowcy chcą zlinczować obcokrajowca, a niemiecka policja go ochrania, to znaczy, że państwo prawa działa bez zarzutu.

Mohammada D., 27-letniego Syryjczyka, który w położonym 70 kilometrów dalej od Reutlingen miasteczku Ansbach wysadził się tego samego dnia w powietrze, policja ochronić nie musiała. Mohammad D., podobnie jak zamachowiec z Würzburga, przybył do Niemiec w czerwcu 2015 r., mieszkał w Ansbach w hotelu zaadoptowanym na tymczasowy ośrodek dla uchodźców. Niemcy chcieli go odesłać z powrotem do Syrii, jego wniosek o azyl został odrzucony, ale po tym, jak psychiatra przebadał Mohammada i zdiagnozował u niego „chwiejną psychikę”, postanowiono go jednak zatrzymać. Dziwne, ale tak właśnie było. A potem postawiono inną diagnozę: że Syryjczyk jest jednak zdrowy, i postanowiono go deportować. Odpowiedział dwiema próbami samobójczymi. Trafił pod opiekę psychologa, cierpiał na depresję. W niedzielę depresja nie przeszkodziła mu jednak w imię Allaha wysadzić się w powietrze nieopodal miejsca, gdzie odbywał się popularny festiwal muzyczny. Mało brakowało, a Mohammad zabrałby ze sobą kilka osób, skończyło się na 12 rannych. Syryjczyk miał działać na polecenie samozwańczego kalifatu, tak wynikało z nagrania wideo znalezionego nazajutrz po zamachu. Policja i media nie miały wyjścia i musiały przyznać, że akt terroru był motywowany religijnie. Ważny wniosek: wbrew propagandzie labilność psychiczna i pociąg do terroryzmu islamskiego nie są ze sobą sprzeczne. W Ansbach sam zamachowiec obalił mit niepoczytalnego muzułmanina. Niemcy mają poważny problem, a sprawczyni całego imigranckiego zamieszania, czyli kanclerz Merkel, może nie załapać się na kolejną kadencję. Dla Polski takie rozwiązanie wcale nie musi być korzystne, w Niemczech naprawdę są siły polityczne znacznie bardziej niepokojące niż biedermeierowska Mutti. Dlatego odpuszczam sobie Schadenfreude. Nieobliczalny świat Mohammadów i Riazów jest bliżej, niż byśmy chcieli.