Nowy wicepremier Mateusz Morawiecki, który zachował nieposzlakowaną opinię, jest bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem dla opozycji. Jest kompetentny i nie da się go skorumpować – więc należy go zniszczyć – zwraca uwagę ANDRZEJ KOŁODZIEJ, współzałożyciel Solidarności Walczącej, w rozmowie z WOJCIECHEM KAMIŃSKIM.

IPN wydał kolejny tom dokumentów dotyczących Solidarności Walczącej. To krok w kierunku przywracania pamięci o tej organizacji.  
Solidarność Walcząca nie jest zapomniana. Powiedziałbym raczej, że jest programowo wypychana ze zbiorowej pamięci. Solidarność Walcząca jest jedyną organizacją opozycyjną, która programowo nie zmieniła swojego ideowego oblicza. Od początku swojego istnienia nie godziliśmy się na jakiekolwiek porozumienie z komunistami. Tak było podczas obrad Okrągłego Stołu i w trakcie przemian ustrojowych. Nie weszliśmy w żadne układy w okresie III Rzeczypospolitej. Nie zaangażowaliśmy się we wspieranie tego systemu, choć nam to wielokrotnie proponowano.

Teraz jest inaczej?
To, że Kornel Morawiecki pojawił się teraz w Sejmie, jest wręcz symboliczne. Ponadto po raz pierwszy nie ma w parlamencie byłych komunistów. Do Sejmu weszła Solidarność Walcząca, a poza nim został SLD, czyli oficjalny reprezentant postkomunistów.

Nowo wydany tom zawiera dokumenty własne Solidarności Walczącej. Pierwszy tom był zbiorem dokumentów SB wytworzonych na temat organizacji i jej członków.
Te wydawnictwa są bardzo cenne, bo historykom jest jakoś niezręcznie przypominać, że wszystkie siły Ministerstwa Spraw Wewnętrznych już w roku 1986, po powstaniu Tymczasowej Rady Solidarności i obraniu kursu na porozumienie z komunistyczną władzą, zostały przerzucone na rozpracowanie Solidarności Walczącej. Mieliśmy przeciwko sobie wszystkie struktury władzy. Później doszła również nieprzychylność kręgów opozycyjnej lewicy, głównie warszawki, która parła do porozumienia z komunistami. Warszawka nie chciała niepodległości, nie chciała wolności Polski. Świadczą o tym m.in. dokumenty i artykuły zamieszczone w tomie wydanym przez IPN.

Warszawka jej nie chciała? Czy może było coś więcej?
Lewicowa opozycja była od lat powiązana z tamtym systemem. Ci ludzie tak naprawdę nie chcieli zmiany systemu, oni pragnęli współudziału we władzy. Tamten układ im odpowiadał. Robili wszystko, żeby Solidarność Walczącą wymiksować. Przedstawiali Polakom tylko jeden obraz. Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek straszyli naród interwencją sowiecką. Podobnie czynił Lech Wałęsa. Tymczasem armia sowiecka już nie była w stanie Polsce zagrozić.

Jakie były efekty ich działalności?
Przemiany, które w Polsce się rozpoczęły, zostały zatrzymane w wyniku porozumienia lewicowej opozycji z komunistami. Inne państwa byłego bloku wschodniego nas wyprzedziły. Dokonały dekomunizacji, lustracji. My pozostaliśmy – jako jedyni – z komunistycznym prezydentem, ze zbrodniarzem na czele państwa. Jego wybór narzucili społeczeństwu rzekomi reformatorzy. Później, w latach 90., nawet ludzie, którzy nie popierali Okrągłego Stołu, widząc, że komuniści uwłaszczyli się w Polsce, wpisali się w ten układ i zaczęli go umacniać. My jako Solidarność Walcząca pozostaliśmy jedyną formacją wierną swoim zasadom ideowym. Przenieśliśmy idee Solidarności nad tym złem, które było obecne w III Rzeczypospolitej.

Solidarność Walcząca powstała w opozycji do Lecha Wałęsy. Wiedzieliście już o jego agenturalnej przeszłości?
W 1981 r. jako zastępca Lecha Wałęsy wiedziałem, że 11 lat wcześniej zdradził i że może zdradzić ponownie. Przestrzegałem przed tym swoich kolegów z Solidarności. Niestety, nikt nie chciał w to wierzyć. Tak samo było później. Kiedy w 1992 r., na pół roku przed obaleniem rządu Jana Olszewskiego, udzieliłem wywiadu „Gazecie Poznańskiej” i mówiłem o agenturalnej przeszłości Wałęsy, o tym, że jest agentem wpływu, że jako prezydent działa na szkodę Polski, też nikt nie chciał tego słuchać. Tekst nie został wydrukowany. Redakcja puściła go do druku dopiero po obaleniu gabinetu Jana Olszewskiego. Moje opinie – nie tylko na temat Wałęsy – potwierdziły się po ujawnieniu listy Antoniego Macierewicza. A tak naprawdę tę listę ujawniła wcześniej Solidarność Walcząca. Lista nie pochodziła od Macierewicza, ale od Wojciecha Ziembińskiego. Kornel Morawiecki zdecydował się ją opublikować jako pierwszy.

A wam przyklejono łatkę oszołomów.
Wałęsa, dysponując całym aparatem, niszczył nas. Po publikacji listy agentów odwiedził mnie w Bieszczadach, gdzie wówczas mieszkałem, pewien człowiek. Twierdził, że jest moim przyjacielem. Przedstawił się jako oficer wojska i przestrzegał mnie, bym na siebie uważał, bo być może ktoś zechce mi zrobić krzywdę. Niecałe dwa miesiące później „nieznani sprawcy” podpalili mi dom.

Dla Pana i Pana kolegów nic się nie zmieniło w stosunku do lat 80. Znów wobec ludzi Solidarności Walczącej wykorzystywano esbeckie metody.
Komunistyczne służby podejmowały wobec nas wyjątkowo brutalne działania, takie jak np. porwanie Mateusza Morawieckiego, syna Kornela. Choć sposoby walki z Solidarnością Walczącą ewoluowały w latach 90. i później, to mechanizmy pozostały te same. Niestety, także dziś zauważam, że niektóre działania wobec ludzi związanych z Solidarnością Walczącą są łudząco podobne do stosowanych przez dawny aparat.

Powtarzają się nawet nazwiska. Myślę tu o niewybrednych insynuacjach „Gazety Wyborczej” pod adresem wicepremiera Mateusza Morawieckiego.
Przed kilkoma dniami dotarł do mnie tekst rozpowszechniany wśród niektórych redakcji i dziennikarzy, w którym anonimowy autor nieudolnie usiłuje połączyć karierę wicepremiera Mateusza Morawieckiego i prezesa PKO BP Zbigniewa Jagiełły z wyimaginowanym powiązaniem z jakimiś peerelowskimi służbami. To oczywisty absurd. Gdyby ktoś uzyskał wiarygodne informacje na taki sensacyjny temat, to już dawno opublikowałby to pod własnym nazwiskiem. Stałby się wtedy najsławniejszym dziennikarzem śledczym w kraju, a może nawet przyczyniłby się do zmiany rządu. A tak mamy do czynienia tylko z plotkami.
Takie brudne intrygi zawsze są obliczone na dyskredytację konkretnej osoby. Ubecja, zanim komuś zrobiła krzywdę, najpierw przygotowywała grunt, np. rozpowszechniano o kimś informację, że ma problemy z alkoholem. Potem znajdowano jego ciało w ustronnym miejscu i pojawiało się wyjaśnienie: „Wpadł pod samochód” albo „Zamarzł” – bo w domyśle było „był pod wpływem”. Nie będę wyliczał wszystkich ubeckich praktyk, ale chcę wskazać, że rozpuszczanie takich plotek jest niebezpieczne i często bywa wstępem do czegoś gorszego. Wspomnę tylko sprawę napaści na działaczy PiS-u w Łodzi.

Dlaczego celem stał się Morawiecki?
Nowy wicepremier, który przyszedł spoza polityki i zachował nieposzlakowaną opinię, jest bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem dla opozycji. Jest kompetentny i nie da się skorumpować – więc należy go zniszczyć. Przy okazji warto wspomnieć, że za trudnych czasów, za rządów PO i PSL-u, niewiele firm decydowało się na otwarte wspieranie inicjatyw patriotycznych. Gdyby nie znakomita postawa Mateusza Morawieckiego, wówczas prezesa BZ WBK, i Zbigniewa Jagiełły, prezesa PKO BP, nie byłoby filmów „Czarny czwartek” i „Bitwa Warszawska 1920”, nie byłoby badań genetycznych Żołnierzy Wyklętych i ofiar komunizmu, a także setek innych inicjatyw utrwalających nasze dziedzictwo narodowe.