Minister rozwoju Mateusz Morawiecki stał się obiektem szaleńczych ataków opozycji i sprzyjających jej mediów. To jednak nowość w polityce. Bo czy ktokolwiek interesował się przez ostatnie osiem lat, czym zajmował się resort gospodarki kierowany przez Janusza Piechocińskiego i Waldemara Pawlaka?

Nagle wszyscy komentatorzy zajęli się patrzeniem Morawieckiemu na ręce. Niewątpliwie z perspektywy opozycji to słuszna taktyka, bo minister rozwoju jest dla nich niebezpiecznym politykiem. Gruntownie wykształcony i obyty w świecie finansjery jest o wiele lepszą wersją Ryszarda Petru. Nie można też przyłożyć do niego kalk, które stosuje się do „pierwszego lepszego PiS-owca”. Pod tym względem opozycja zrozumiała lekcję, którą dostała w wyborach prezydenckich. Andrzej Duda zwyciężył bowiem również dlatego, że nie pasował do stereotypu i był całkowitym zaprzeczeniem swojego kontrkandydata. Dlatego PO i spółka będą niszczyli ministra rozwoju. Wiedzą, że w merytorycznym starciu z Morawieckim nie mają najmniejszych szans. I dlatego gryzą.