Politycy Platformy, łącznie z Bronisławem Komorowskim, do końca nie brali pod uwagę możliwości utraty władzy. Pierwsza tura wyborów prezydenckich miała być wypadkiem przy pracy, zakończonym wygraną w proporcjach 60 do 40 z kandydatem PiS-u. W takiej też sytuacji Bronisław Komorowski ogłosił 22 maja zeszłego roku decyzję Rady Północnoatlantyckiej o szczycie NATO w Warszawie 8 i 9 lipca 2016 r.

Sama wiadomość została zresztą wykorzystana jako element kampanii wyborczej. „Przed chwilą dostałem informację, że został właśnie wyznaczony termin szczytu NATO w Warszawie. To praktyczny wymiar budowania bezpieczeństwa Polski” – ogłosił ówczesny prezydent na swoim kampanijnym koncie „Komorowski2015” na Twitterze. Komorowski w jednym ze spotów mówił również „Weszliśmy do NATO, kiedy byłem ministrem obrony”, choć faktycznie MON-em kierował wówczas Janusz Onyszkiewicz.

Nadzieje płonne

Wszystko to pokazuje, że szczyt miał być wielkim sukcesem wizerunkowym tej samej ekipy, która w wymiarze praktycznym nie zrobiła dla bezpieczeństwa Polski nic. Wręcz przeciwnie – w wydanej niedawno biografii Lecha Kaczyńskiego „Prezydent” autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Adama Chmieleckiego znajdziemy taką relację negocjującego kwestię tarczy antyrakietowej Witolda Waszczykowskiego: „Podczas rozmów w gronie Donald Tusk – Radosław Sikorski – Sławomir Nowak padały opinie, że nie do przyjęcia jest taki projekt [współpracy w ramach systemu obrony antyrakietowej z USA – K.K.], który przez opinię publiczną byłby odebrany jako sukces prezydenta”. Co więcej, prawie cała ówczesna polityka zagraniczna budowana była wyłącznie w kontrze do PiS-u i prezydenta Kaczyńskiego, bez oglądania się na bezpieczeństwo Polski. Gdyby w lipcu 2016 r. w Polsce rządziła Platforma Obywatelska, warszawska impreza byłaby prawdopodobnie tak samo zmarnowaną okazją, jak polska prezydencja w Unii Europejskiej. Co więcej, zważywszy na bardziej miękkie niż innych krajów stanowisko Niemiec wobec Rosji, Polska lobbowałaby zapewne za bardziej ugodowym nastawieniem Sojuszu wobec tego państwa.

Bardzo charakterystyczny jest pierwszy komentarz, zamieszczony na profilu Bronisława Komorowskiego pod informacją o szczycie. „Jaki będzie wstyd, jeżeli wygra kłamca Duda. Trzeba będzie ten szczyt odwołać” – napisał internauta, posługujący się nickiem WMK2-1. Ciekawe, że kiedy przypomniałem jego wpis na Twitterze podczas pracy nad tym artykułem, został on w ciągu godziny usunięty przez autora. Wygląda jednak na to, że w tym jednym zdaniu zawarta jest cała późniejsza strategia środowiska PO wobec warszawskiego spotkania przywództwa NATO. Ci sami ludzie, których można by uznać za współautorów przyszłego polskiego sukcesu, kolejne miesiące poświęcili na próby niedopuszczenia do tego wydarzenia. Informacje o tym, że rozważane jest przeniesienie szczytu do innej stolicy europejskiej (do Tallina, a nawet Berlina), co jakiś czas pojawiały się w polskich mediach. Czasem była to wręcz forma sugestii, nacisku na naszych zagranicznych partnerów – sympatyzujący z opozycją publicyści i komentatorzy domagali się symbolicznego ukarania Polski za działania obecnego rządu poprzez odebranie nam organizacji imprezy. Niemiecki dziennikarz Konrad Schuller sugerował na łamach „FAZ” przeniesienie szczytu do którejś ze stolic państw bałtyckich tak, by podkreślając zaangażowanie Paktu na wschodzie Europy, zaznaczyć dystans wobec polityki Jarosława Kaczyńskiego. Publikacja gazety, wzmocniona tytułami zawierającymi frazę „niemiecka prasa”, została bardzo mocno nagłośniona przez polskie media i natychmiast zdementowana przez polityków z Warszawy i Rygi, do której miałoby zostać przeniesione spotkanie. Nadzieje okazały się płonne.

Nie kijem go, to pałką

Skoro nie udało się wyprowadzić NATO summit z Warszawy, zaatakowano szefa polskiego MON-u, chcąc de facto pozbawić imprezę gospodarza. Wniosek o odwołanie Antoniego Macierewicza dyskutowany i głosowany był w Sejmie tuż przed przyjazdem do Polski zagranicznych gości. O chuligańskim charakterze całej akcji świadczy uczynienie jej twarzą Stefana Niesiołowskiego, polityka znanego z awanturnictwa i obrażania przeciwników politycznych. Poseł nie zawiódł również tym razem, lista zarzutów zaś składała się z licznych cytatów i odniesień do spraw sprzed ponad dwudziestu lat. Odnieść wręcz można było wrażenie, że wniosek Niesiołowskiego jest prywatną zemstą za poddanie lustracji dawnego szefa ZChN prof. Wiesława Chrzanowskiego. To tej sprawie z 1992 r. Niesiołowski poświęcił najwięcej miejsca w mowie, bardziej przypominającej przydługi toast niż poważny wniosek w kluczowej dla bezpieczeństwa państwa sprawie.

Bliżej szczytu przystąpiono więc do tworzenia kolejnej narracji. Tym razem postawiono na obniżanie rangi imprezy („Wszystkie decyzje zostały podjęte wcześniej”) i obrzydzania jej mieszkańcom Warszawy informacjami o korkach i utrudnieniach w ruchu, nie większych przecież niż przy okazji kolejnych mas krytycznych czy maratonów. „Warszawa płaci wysoką cenę za szczyt NATO. Po co nam to wszystko?” – pytała „Gazeta Wyborcza”. „Apeluję, abyście nie ulegali własnej propagandzie na temat tego szczytu. On jest ważny, dobry, ale nie wmawiajcie, że to jest kopernikański przełom. Decyzje zapadły już wcześniej” – mówił w Sejmie były szef MON-u Tomasz Siemoniak podczas debaty nad odwołaniem Macierewicza.

Wstydzą się jak zwykle

Po katastrofie smoleńskiej Polska, ku zdziwieniu (a zapewne również i uldze) zachodnich partnerów, nie szukała w NATO pomocy w dojściu do prawdy. Tak, jakby była to wyłącznie kwestia leżąca między Polską a Rosją, lub wręcz pozostająca w wyłącznej dyspozycji tej ostatniej. Obecne kierownictwo MON-u przyjęło w tej sprawie założenia całkowicie odwrotne. Jednym z punktów spotkania Paktu stała się wystawa poświęcona tragedii z 10 kwietnia 2010 r., co doprowadziło do furii część dziennikarzy i polityków opozycji. Temat ten, co zdziwić musiało naszych zagranicznych gości, okazał się kluczową sprawą podczas konferencji prasowej w przeddzień szczytu. Radio Zet poinformowało, że wystawa została ustawiona bez zgody Sojuszu. Na konferencji pytał o to reporter Polsat News, gdy zaś okazało się, że temat jest kierownictwu NATO znany, a motywacje znalazły ich zrozumienie, zamiast przeprosić, zaczęto sugerować, że Jens Stoltenberg postawiony został przed faktem dokonanym, więc nie wypadało mu krytykować gospodarzy.

Wreszcie okazało się, że szczyt po coś jednak był. Dla środowisk, w których najwyraźniej dominuje charakter klasowego skarżypyty, najważniejszym wydarzeniem związanym z przyjazdem do Warszawy liderów państw NATO i niezrzeszonych z nim, lecz współpracujących państw, było kilka zdań wypowiedzianych przez Baracka Obamę. Dyplomatyczna wypowiedź, w której prezydent USA wezwał wszystkie strony sporu do rozwiązania sytuacji wokół Trybunału Konstytucyjnego, zostały odpowiednio zniekształcone przez „Gazetę Wyborczą” i zdominowały dalsze medialne przekazy. Choć słowa amerykańskiego przywódcy były okrągłe, neutralne i zaskakująco wręcz ostrożne, szybko postanowiono wywołać w Polakach poczucie wstydu z powodu rzekomego „upokorzenia Polski na arenie międzynarodowej”. „K… ale wstyd” – pisze guru lewicy Sławomir Sierakowski, nadając ton na kolejne godziny i dni. Oficjalne tłumaczenie przemówienia Obamy opublikowane na stronie ambasady USA różni się w swojej wymowie od tego, co przeczytać mógł czytelnik „Gazety Wyborczej”, to jednak nie ma już znaczenia.

Znaczenia nie mają też nagie gałęzie drzew i zimowe kurtki noszone przez uczestników demonstracji KOD-u sprzed kilku miesięcy, wykorzystane w „Gazecie Wyborczej” do zilustrowania informacji o wiecu, który ludzie Kijowskiego zwołali w sobotę z okazji nadania imienia Martina Luthera Kinga skwerowi w centrum Warszawy. Propaganda staje się toporna jak słowa Adama Michnika o Kingu jako „gorszym sorcie”, zamordowanym przez zwolennika „dobrej zmiany”. Potężna dawka kompleksów i brak zrozumienia wobec jakiegokolwiek wspólnego interesu na poziomie krajowym i międzynarodowym nie są zjawiskami nowymi, zobaczyliśmy je jednak w wyjątkowo mocno stężonej dawce. Na szczęście, zobaczyliśmy też doskonale zorganizowany szczyt NATO, którego wreszcie stajemy się dziś pełnoprawnym członkiem. Ku rozpaczy Sierakowskiego i jego kolegów Antoni Macierewicz w lipcu 2016 r. odniósł potężne zwycięstwo. Dla jego przeciwników został ochłap w postaci podrasowanego na Czerskiej fragmentu wystąpienia Obamy. Jeśli więc mówić o jakimkolwiek upokorzeniu, jest to tylko samoupokorzenie się tych, którzy dobrowolnie zrezygnowali z uczestnictwa w sukcesie Polski.