Parę miesięcy temu, oceniając niską frekwencję na marszach KOD‑u, napisałem: „Już wkrótce »rewolucjoniści« wyjadą do swoich dacz, gdzie przy grillu nadal będą deliberowali o braku demokracji w Polsce. A my wreszcie będziemy mogli spokojnie pracować”. I stało się! Mateusz Kijowski zrozumiał, że zwołany przez niego kolejny marsz-w-obronie-czegoś-tam będzie jednym z ostatnich, jeśli nie ostatnim zbiegowiskiem, jakie uda się mu zorganizować.

Może dlatego zarządził, żeby ta garstka ludzi, która w paru miastach zebrała się na jego wezwanie, ubrała się na czarno. Uważam, że akurat w tym wypadku wykazał się pomyślunkiem i czarny strój uczestników tej hucpy okazał się odpowiedni. Pogrzebowe miny uczestników mówiły wszystko, zresztą na wszelki wypadek, żeby czegoś głupiego nie powiedzieli, Kijowski kazał im pozaklejać sobie usta, co skwapliwie uczynili. Zabrakło w kondukcie symbolicznej trumienki z napisem „KOD” niesionej przez żałobników. Ale to pewnie tylko niedopatrzenie organizatora. Pozostało tylko napisanie testamentu i podzielenie zebranych milionów. Wierzę, że tym razem pan Kijowski nie zapomni o zaległych alimentach dla swoich dzieci.