Okładka ubiegłegotygodniowego numeru „Gazety Polskiej” wywołała oburzenie bojowników o pokój (Frieden) i porządek (Ordnung) w Unii Europejskiej. Przyjaciele Berlina nie lubią, gdy wypomina się Niemcom jakiś „drobny” epizod z Hitlerem czy III Rzeszą. Jednak współcześni Polacy nie mają kompleksów i nie cenzurują swoich skojarzeń: mamy obawy o totalną dominację Niemiec w Europie.

Anglojęzyczny internauta, użytkownik Twittera, słynący z oszczerstw wobec środowisk konserwatywnych w Polsce, zadrwił z okładki „Gazety Polskiej”. Jego adherenci wyzywają redakcję i czytelników tygodnika od „idiotów” i „psychopatów”. Znamienne, ten internauta (o pseudonimie Exen), jako motto swojej działalności publicystycznej wziął sobie słowa: „polskie robactwo”. Cóż, kanclerze II i III Rzeszy biją brawo zza grobu.

Tymczasem porównanie obecnych dążeń Berlina z polityką prowadzoną przez niego w przeszłości nasuwa się nawet laikom, którzy historię choćby tylko liznęli, a geografię znają z podstawówki (nawet tej sprzed reformy PiS-u). Rzesza bowiem, jak sama nazwa wskazuje, „zrzeszała”, czasem nawet dobrowolnie, różne podmioty polityczne, skupione wokół jednego ze środkowo-zachodnich liderów: Wiednia lub Berlina. Pierwsza Rzesza trwała lat 900, druga 50, trzecia 12, może więc tendencja się utrzyma i czwarta zawali się zaraz po ogłoszeniu.

Polskie weto na niemieckie wybielanie

Redakcja „GP” na okładce opublikowała swastykę przebijającą flagę Unii Europejskiej, co oczywiście paraliżuje Niemców, skoro przez siedem dekad pracowali nad wymazaniem swojej odpowiedzialności za Holokaust, nazizm, rasizm, eksterminację ludności uznanej przez siebie za „robactwo” oraz za wywołanie II wojny światowej. Germanofile może byliby zadowoleni, gdyby okładkę tygodnika przebijało godło I lub II Rzeszy, zwłaszcza że czarny orzeł słabo by się kojarzył czytelnikom ze zbrodniami, których nie brakło także w czasach, gdy Adolfa Hitlera nie było jeszcze na świecie. Zatem mówić o Niemcach wolno tylko dobrze albo wcale, ewentualnie w zawoalowanych znakach, których nikt nie zrozumie.

O intencjach Berlina tak samo – chcą pokoju, ładu, uratowania uchodźców, rozwoju gospodarczego, słowem, kraj świętych ludzi i błogosławionej polityki. Dowodzą tego polskie tabloidy budowane na niemieckim kapitale, milczące o planach ministra spraw zagranicznych Franka-Waltera Steinmeiera, choć przecież – jak to tabloidy – sprzedałyby się dobrze i przykuły uwagę czytelników. Ale co tam, Polaczków („robactwo”) nie zainteresuje, że niemiecki żołnierz na polskich ulicach krzyczący „Halt” to prawdopodobna perspektywa, wszak Hitler panował nad narodem nazistów, a ziemię na Śląsku i Pomorzu wykupują Europejczycy – czyli też nie wiadomo kto.

Trudno wmawiać takie rzeczy w Polsce – Słowianie od tysięcy lat szlifują swoją nieufność wobec wielkogermańskich pomysłów z zachodu i nawet nazwa „Niemiec” pochodzi prawdopodobnie od „niemego”, czyli tego, z którym nie można się dogadać.

Mamy prawo do obaw, mamy prawo do sprzeciwu

Nikt nie twierdzi, że nowa odsłona hegemonii niemieckiej ma się skończyć obozami koncentracyjnymi, ale trudno być ślepym na przejawy niemieckiego rasizmu wobec Polaków. Wyzywanie prezydenta RP od „kartofli”, obraz naszego kraju jako miejsca, w którym wszechobecny jest antysemityzm i brud (serial „Nasze matki, nasi ojcowie”), propozycje Steinmeiera jako ultimatum (z Francją – negocjować, Polsce – narzucać) – to tylko kilka kart z całej talii antypolonizmu. Po przystąpieniu Polski do UE hipermarket Media Markt wyemitował w Niemczech reklamę, w której Polacy sprawnie i niezauważalnie okradają ochroniarzy sklepu. Marketingowcy wiedzą, jak pozyskać swoich klientów, rozwijają ich przekonania i stereotypy. Liczby ten wizerunek potwierdzają – jeszcze 10 lat temu co szósty Niemiec kojarzył Polaka z przestępczością, a prawie co drugi wymieniał jako typowe dla Polski: biedę, zacofanie, bezrobocie, pracę na czarno. Instytut Spraw Publicznych opublikował wtedy badania, z których wynikało, że dla sąsiadów zza Odry jesteśmy tanią siłą roboczą, najlepszą do zbierania szparagów.

Nie wiem, co dzisiaj sondaże mówią o szparagach, ale znam wielu Polaków, którzy nadal dorabiają w ten sposób. Odczuwamy tę nierówność w relacjach – jeszcze w zeszłym roku połowa Polaków (47 proc.) uważała, że w stosunku z Berlinem nie ma autentycznego partnerstwa. Według badania dr Agnieszki Łady, Niemcy mają o nas najgorsze zdanie od 2000 r. – ta opinia jest zresztą odwzajemniona, ale nad Wisłą niechęć jest spowodowana przypuszczeniami, potwierdzanymi jednakże przez badania ekonomistów, że to Niemcy są beneficjentem wielu rozwiązań Unii Europejskiej, także przystępowania kolejnych krajów do strefy euro.

Albo partnerstwo, albo ultimatum

Lewicowe gazety nad Wisłą uzasadniają nasz zły wizerunek poza granicami faktycznymi zachowaniami Polaków, ale jeśli złodzieje samochodów mieliby całemu narodowi przyprawić gębę i uzasadnić pogardę Niemców, to my śmiało moglibyśmy robić reklamy oparte na ludobójstwie, zbrodniach i upokarzaniu innych narodów – to ostatnie także współcześnie: wrzeszczące i obraźliwe nagłówki tamtejszej prasy starczają za dowód.
W rzeczowej dyskusji nad reformą Unii Europejskiej, której być może potrzebna okaże się armia złożona z przedstawicieli wszystkich krajów członkowskich, nie ma miejsca na „ultimatum” albo dyskryminacje i traktowanie nas jako obywateli drugiej kategorii. Jeśli wzrosłaby niechęć Polaków do Niemców, to jak urządzić takie europejskie wojsko, gdzie nasi rekruci mogliby być sceptyczni np. wobec obcych oficerów? Przecież siłą do armii nie wcielą – wnuki takich żołnierzy Wehrmachtu mogłyby się nabawić traumy na całe pokolenia.