Czy z grania rur da się wyczytać przyszłość? Bo kiedy wieczorną porą wejdziesz do podziemi pelplińskiego seminarium, wydaje ci się, że te wszystkie szumy, bulgoty, piski i dudnienia dobiegające spod białkowanego stropu, układają się w jakiś zaszyfrowany komunikat, w tajną wiadomość przesyłaną z góry.

W owe dalekie odgłosy życia, toczącego się swoim zwyczajnym trybem  w świecie ludzi wolnych, musieli się wsłuchiwać polscy aresztanci jesienią trzydziestego dziewiątego roku. Kiedy w pokojach i salach seminarium zamierała całodzienna krzątanina, a kilkudziesięciu członków Oddziałów Szturmowych NSDAP, przysłanych tu z Gdańska przez Obersturmbannführera Kurta Eimanna, szykowało się do snu, rury przemawiały na zmianę urywanymi sylabami oraz długimi szeregami bezładnych, wieloznacznych dźwięków. 

Stoję w ciasnym piwnicznym korytarzu, właśnie minęła godzina jedenasta, jarzeniówki pracują cicho, ich zimne światło jest jak wzrok śledczego – przeczesuje teren, ujawniając każde załamanie płaszczyzny, zaglądając w najdalszy nawet kąt, dekonspirując krzywizny ścian i szpary w podłodze.

Próba rozmowy

Więzienie zapełniało się szybko. Sprowadzono tu licznych przedstawicieli miejscowej elity. Na dworcu kolejowym wyławiano powracających do domu zdemobilizowanych polskich żołnierzy.

17 i 18 września dokonano szeregu zatrzymań. Wolność stracili m.in. burmistrz Pelplina dr Stanisław Chmielecki, jego zastępca Teodor Pruszak, ks. Maksymilian Raszeja, skarbnik diecezjalnej kapituły, panna Romcówna, gosposia ks. kanonika Bolesława Partyki, kierowca biskupa Stanisława Okoniewskiego Kabat oraz miejscowy aptekarz Józef Przygodziński. Aresztowani zostali polscy pracownicy cukrowni: Knitter, Szymanowski, Solecki, Ligmanowski, Kleister, Marszałek, Mańkowski, Racławski i Sakowski. W całej okolicy trwały poszukiwania tych, którzy usunęli się z miasta – znajdowano ich u rodzin i znajomych, w osadach po wschodniej i po zachodniej stronie Wierzycy. Niemal wszyscy z ujętych mieli zginąć w miejscach masowych straceń, w Tczewie i w Lesie Szpęgawskim.

Z pracy Alojzego Męclewskiego dowiadujemy się, że wobec stałego napływu nowych więźniów podziemia seminarium trzeba było przystosować do funkcji, jaką odtąd miały pełnić: „Po lewej stronie naprzeciwko kotłowni znajdowało się 14 pomieszczeń, które niewielkim wysiłkiem zamieniono na cele. W oknach założono kraty, stolarz Rosenke wbudował do drzwi judasze i wzmocnił zewnętrzne skoble, a Blaschke [pracownik elektrowni] doprowadził światło, umieszczając kontakty na korytarzu”.

Ruszam wzdłuż rzędu drzwi wybitych w lewej ścianie piwnicznego korytarza. Jedne z nich są otwarte, w środku na wysokich obrotach pracuje silnik jakieś maszyny. Przez wąskie okienko o przydymionych szybach wlewa się do wnętrza rozrzedzona księżycowa poświata. Za oknem, spowita w rozliczne odcienie szarości, głąb dawnego cysterskiego wirydarza.

Gdy wracam na korytarz, ogarnia mnie irracjonalny lęk. Przykładam ucho do zimnego muru i wstrzymuję oddech – jakbym spośród nocnych szumów spodziewał się wyłowić dawno umilkłe jęki, westchnienia i nawoływania, jakbym wierzył, że sprawy obecne i sprawy minione mogą zbiec się w jeden punkt, że przeszłość i teraźniejszość mogą stać się jednością. Słyszycie? Przyszliśmy do was – ja, który zapisuję te słowa, i ci, którzy śledzą moją nieudolną relację. Tkwimy w tym przeklętym korytarzu, by was podtrzymać, by tłuc w drzwi, piłować kłódki, zrywać skoble. Słyszycie?

Księża w potrzasku

Rozwiązanie sprawy duchownych Niemcy odłożyli w czasie. Dopiero 19 października do mieszkań zajmowanych przez księży zastukał posłaniec z wezwaniem do stawienia się następnego ranka w siedzibie gestapo. Tłumaczył, że rozmowa poświęcona będzie uzgodnieniu warunków pracy duszpasterskiej w nowej rzeczywistości administracyjnej i politycznej.

W piątek o ósmej kapłani spotkali się przed budynkiem seminaryjnym. Skierowano ich na pierwsze piętro. Siedząca za biurkiem ks. Roskwitalskiego Ditta Lutz odszukiwała nazwiska przybyłych na liście i nanosiła ołówkiem stosowne adnotacje. Około dziewiątej  do zebranych wyszli najwyżsi rangą oficerowie i funkcjonariusze – Oberleutnant SS Helmut Richter, komendant więzienia Gustaw Hogenfeld, dowódca przybyłych poprzedniego dnia tczewskich esesmanów Richter oraz major SS wysłany do Pelplina przez berlińską centralę z poleceniem przeprowadzenia inwentaryzacji katedralnych zbiorów bibliotecznych (Niemców interesował przede wszystkim bezcenny pelpliński egzemplarz Biblii Gutenberga). Po krótkiej wymianie zdań księża usłyszeli rozkaz wylegitymowania się,  odebrano im dokumenty, portfele, wartościowe przedmioty i oświadczono, że są aresztowani.

W grupie duchownych był ks. Walter Schütt. Męclewski charakteryzuje go w następujący sposób: „Po polsku mówił bardzo słabo; w domu z gosposią rozmawiał po niemiecku, czytał niemieckie gazety i książki, słuchał niemieckiego radia, do ulubionego owczarka przemawiał po niemiecku. Urodzony gdańszczanin, ukończył pelplińskie seminarium duchowne, od 1899 roku był wykładowcą języka niemieckiego w Collegium Marianum, a od 1924 […] kanclerzem kurii. Znajomi i księża nazywali go zdrobniale »Szytkiem«; był lubiany i jako Niemiec nikomu nie wadził”. Richter kazał mu wracać do domu, ale Schütt odmówił.

Jego sześćdziesięciosiedmioletnie ciało spocząć miało w tym samym dole, do którego wrzucono ciała wszystkich aresztowanych 20 października.

W stronę grobu

Wyprowadzono ich przed budynek, uformowano w trójki i poprowadzono na zachód. Szli wzdłuż katedry, ulicą Mestwina, przemianowaną na Dom-Strasse, minęli mostek na Wierzycy i wstąpili na ulicę Dmowskiego, czyli na Hermann-Göring-Strasse. Jakieś dwa kilometry od centrum, na północ od szosy, położony był folwark biskupi, znany pod nazwą Pólko. Horyzont zamykała linia Lasu Bielawskiego i niewielkie wzgórze wyrastające z rozległej równiny. Na tym wzgórzu sześćdziesiąt lat później papież Jan Paweł II odprawi nabożeństwo; wspominał będzie księży, którzy właśnie wstępują w bramę, rozglądając się po szerokim folwarcznym dziedzińcu. 

Oni nie mają wglądu w przyszłość, dla nich całe życie to tu i teraz.

Esesmani prowadzą ich do szopy na narzędzia. Temu szpadel, temu łopatę, temu kilof. Odmaszerować. Na co im łopaty? Szepty, nerwowe uwagi i spojrzenia. Wciąż nie są gotowi, by dopuścić do siebie wiedzę ostateczną – że już, że teraz wszystko się kończy. 

Lecz gdy ponownie zaganiają ich do szeregu, gdy każdy kolejny krok przybliża ich do ściany drzew, wreszcie musi do nich dotrzeć ta myśl nieznosząca sprzeciwu, nieubłagana, niedająca się cofnąć, unieważnić, zagłuszyć. A wtedy jedyną pociechą stać się im mogą słowa, które tyle razy przepowiadali, nic z nich nie pojmując, nic nie rozumiejąc: „Abba, Ojcze! Wszystko Tobie jest możliwe, oddal ode mnie ten kielich; lecz nie co ja chcę, ale co Ty”.

Tak maszerują, mieląc w zmartwiałych ustach swoje finalne, gorzkie – fiat!

Niech się nareszcie wypełni.

Niech się duszyczka zwłóczy z ciała.


Ciąg dalszy za tydzień.