Za nami głosowanie w sprawie Brexitu. Trwożne pytania o przyszłość kontynentu przykryły realne powody przystąpienia do referendalnego sporu. A te są z gruntu pozamerytoryczne. Najlepiej widać to na przykładzie Davida Camerona i Borisa Johnsona – dwu najbardziej wyrazistych postaci z wrogich obozów.

Pierwszy to premier i lider Partii Konserwatywnej, zwolennik pozostania w Unii. Drugi zaś to także polityk konserwatywny, do niedawna bez skłonności antyunijnych, który stał się kołem zamachowym kampanii na rzecz wyjścia z niej. A o co toczył się ten bój o przyszłe losy świata? Zaczęło się od tego, że Cameron, chcąc odebrać głosy partii UKIP, uciszyć opozycję we własnych szeregach i zjednoczyć partię, obiecał, że jeśli w 2015 r. konserwatyści wygrają wybory, ogłosi referendum. Wtedy był pewien, że wygra w cuglach. Podobnie myślał i Johnson, lecz widząc, co się święci, zmienił zdanie i postanowił zastąpić Camerona na stanowisku szefa partii, a co za tym idzie, i premiera, na co, jak się obecnie zdaje, ma duże szanse. Tak to wewnątrzpartyjne gry potrafią decydować o losach świata.