Odejście w stan spoczynku ponad 80 sędziów Sądu Najwyższego zaczynających kariery w czasach komunizmu. Uderzenie po kieszeni nierzetelnych sędziów w ramach odpowiedzialności dyscyplinarnej. Rozbicie sitw skupionych wokół prezesów sądów, które nie będą już mogły rozdawać przywilejów, gdyż sędziowie obu instancji zarabiać będą tyle samo. Szykowana przez PiS reforma sądownictwa bardzo nie odpowiada postkomunistycznym lobby. – Będzie wojna! – zapowiada Ryszard Kalisz.

Autorem reformy sądownictwa jest wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, pochodzący z Lublina, rocznik 1976, do niedawna czynny sędzia znany z walki z układami w wymiarze sprawiedliwości, wielokrotnie stający przed sądami dyscyplinarnymi.

Jak mówią informatorzy „Gazety Polskiej”, głównym założeniem przygotowywanej reformy ma być walka z „wewnętrznym skorumpowaniem sądownictwa”, czyli faworyzowaniem sędziów posłusznych układom. Temu służyć ma likwidacja sądów rejonowych i stworzenie sądownictwa dwuinstancyjnego, opartego na sądach okręgowych i apelacyjnych.

Nowością ma być to, że sędziowie obu instancji mają zarabiać tyle samo. – Prezesi sądów stracą tym samym narzędzie, które pozwalało im wywierać naciski na wyroki wydawane przez młodych sędziów. Posłuszni awansowali, niezależni pracowali wciąż w sądach w małych miejscowościach, zarabiając mniej – wyjaśnia informator „Gazety Polskiej”. Oznaczało to bardzo silną pozycję sędziów takich jak Ryszard Milewski z Gdańska, prezes tamtejszego sądu, który skłonny był ulegać poleceniom władzy wykonawczej.

W wyniku przeprowadzonej reformy sędziowie nie byliby nadal przyporządkowani do konkretnego sądu. Zamiast tego otrzymywaliby nominację na sędziego sądu powszechnego. Te zmiany oznaczałyby, że – po pierwsze – obecnych sędziów przydzielałby na nowo do poszczególnych sądów minister sprawiedliwości, nierespektując dotychczasowych układów. Po drugie zaś – i tego układy rodem z totalitaryzmu boją się najbardziej – obecnym sędziom nowe nominacje na sędziego powszechnego wręczałby, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, prezydent.

Oznaczałoby to, że mógłby on odmówić nadania nominacji sędziom. Precedens istnieje – w 2007 r. prezydent Lech Kaczyński nie powołał dziewięciu przedstawionych mu przez KRS kandydatów na sędziów.

Jednocześnie z ograniczeniem władzy prezesów sądów zlikwidowany ma zostać podział sądów na wydziały. Nie będzie tym samym szefów wydziałów, pobierających wyższe wynagrodzenia z tytułu zarządzania nimi (nawet wtedy, gdy wydziały były jednoosobowe, a więc ich szefowie zarządzali… sami sobą).

Zamiast tego nastąpić ma specjalizacja sędziów zajmujących się poszczególnymi dziedzinami. Przykładowo, sprawa dotycząca prawa gospodarczego trafiałaby do jednego z sędziów specjalizujących się w tej tematyce w danym sądzie, wyłonionego w trybie losowania.

Sama struktura sądów zorganizowana byłaby tak, by najwięcej było sądów średniej wielkości, zatrudniających od 60 do 80 sędziów, pracujących najbardziej efektywnie.

Więcej w tygodniku „Gazeta Polska”.