Jednym z najbardziej spektakularnych wydarzeń 2015 r. był skandal motoryzacyjny – afera Volkswagena tzw. Dieselgate. Po niespełna ośmiu miesiącach na jaw wyszedł kolejny branżowy szwindel. Tym razem dotyczy on japońskiego giganta – konglomeratu Mitsubishi Motors – twierdzi Łukasz Rozbicki z MM Prime TFI.

W jego przekonaniu oszustwa w branży motoryzacyjnej nie są rzadkością. Niemniej jednak, mimo wielu szkodliwych konsekwencji, producenci samochodów nadal decydują się na nieczyste zagrywki względem swoich konkurentów. Wydaje się, że główną przesłanką, skłaniającą do podejmowania tego rodzaju ryzyka jest niezmiernie wymagająca konkurencja.

Japoński koncern Mitsubishi Motors przyznał się do fałszowania danych, dotyczących pomiaru poziomu spalania. Według przedstawicieli japońskiej firmy proceder może dotyczyć nawet 625 tys. samochodów, lecz zaledwie dwóch modeli, które były sprzedawane głównie na rynku japońskim.

Zgodnie z najnowszymi informacjami, nie wydaje się, aby afera mogła mieć zasięg międzynarodowy. Z drugiej strony, nikt jeszcze oficjalnie nie potwierdził niniejszej tezy. Ujawnione machlojki mogą istotnie uderzyć w cały konglomerat.

Według eksperta można przypuszczać, że po zbadaniu sprawy przez niezależne komisje spółka poniesie dotkliwe kary finansowe oraz będzie zmuszona do usunięcia nieprawidłowości, bądź wypłaty odszkodowań. Co więcej, przekręt został ujawniony przez Nissana, który jest odbiorcą obu modeli samochodów produkowanych przez Mitsubishi Motors.

Sytuacja znalazła także swoje odzwierciedlenie na tokijskiej giełdzie. Cena akcji w przeciągu kilku dni spadła z 840 do 430 jenów japońskich. Analitycy JP Morgan szacują, że afera może kosztować koncern około 50 mld dol.

Najnowsza afera, związana z Mitsubishi Motors może mocno osłabić koncern, który nie po raz pierwszy nadużył zaufania swoich klientów.