27 lutego 1861 roku uczestnicy nabożeństwa za duszę Artura Zawiszy, powieszonego w 1833 roku, wyszli z kościoła karmelitów na Lesznie i ruszyli w stronę Placu Zamkowego śpiewając patriotyczne pieśni. Tłum gęstniał z minuty na minutę, niektóre źródła podają, że w okolicach Zamku zgromadziło się 50 tys. ludzi. Dowódca kozaków Zawarow wezwał zebranych do rozejścia się, a gdy go nie usłuchano, wydał rozkaz do rozpędzenia ich batami.

Jednak tłum stał twardo, zaintonowano pieśń „Boże, coś Polskę”, a kolejny pluton kozaków przepędzono kamieniami. Około godz. 14 z kościoła Bernardynów wyszedł kondukt pogrzebowy Józefa Łempickiego. Manifestanci postanowili wykorzystać okazję i przyłączyli się do niego, chcąc przerwać kordon kozacki. Rosyjskie oddziały wpadły więc w żałobników, znów poszły w ruch baty. Kleryk bernardyński zasłonił się przed uderzeniem niesionym krzyżem i wówczas bat odłamał kawałek jednego z ramion krzyża. Ten krzyż z odłamanym ramieniem stał się później symbolem powstania styczniowego.

Oburzony tłum zaatakował Rosjan kamieniami.  Widząc to, generał Zabołocki wydał rozkaz: Ognia! Padły strzały, ludzie zaczęli uciekać w panice, ale na placu pozostało pięć ofiar śmiertelnych. Byli to:

Filip Adamkiewicz – czeladnik krawiecki,
Michał Arcichiewicz – uczeń czwartej klasy Gimnazjum Realnego,
Karol Brendel – czeladnik ślusarski,
Marceli Paweł Karczewski – ziemianin z sieradzkiego,
Zdzisław Rutkowski – ziemianin z radomskiego.

Czterech z nich zaniesiono na drzwiach do hotelu Europejskiego i położono na stołach bilardowych, Arcichiewicza poniesiono do domu, do rodziców. Warszawski fotograf Karol Beyer zrobił jeszcze tego samego dnia zdjęcia pięciu poległym, które później, oprawione i reprodukowane w tysiącach egzemplarzy, wisiały praktycznie w każdym patriotycznym domu. Cały świat zamarł z przerażenia na wieść o tym, że wojsko strzelało do bezbronnego tłumu, to była wówczas rzecz bez precedensu, ale najgorsze miało dopiero nadejść…

„(…) Pięciu poległych... Wieczory cichemi, 
Wśród domowników i przyjaciół grona, 
Płakał w pokoju płacz duchów, płacz ziemi, 
Legenda czarna, legenda czerwona, 
Wstawały z mogił poświęceń anioły, 
Przypominane i znajome twarze, 
Otwarte groby... zamknięte kościoły... 
I wielka północ na Polski zegarze...
O, miasto moje! O, Warszawo święta! 
Skroń zniżam kornie do twoich kamieni, 
Bo w każdym głazie czyjaś łza zaklęta, 
I krew się czyjaś na każdym czerwieni!”. 


Artur Opmann „Pięciu poległych”