Wielu z Państwa po ujawnieniu akt „Bolka” doświadczyło smutnej refleksji, że nasz piękny zryw roku 1980 mógł być jakoś sterowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Fakt – co tu ukrywać – zażartej współpracy lidera Solidarności z bezpieką nie może zmieniać oceny samego ruchu. Wręcz przeciwnie pokazuje siłę tego protestu, którego władze nie mogły zatrzymać pomimo ogromnego aparatu represji, armii donosicieli, a nawet sterowania ruchami kierownictwa. Owszem, rządzącym łatwiej było dzięki temu ludzi skłócać, marnować wysiłek działaczy, a kiedy doszło do stanu wojennego, mieli mniejszy problem ze spacyfikowaniem protestów. Jednak Solidarności nie byli w stanie zabić. Nie mogli, bo stały za nią miliony ludzi głodnych wolności. Polacy wiedzieli, jak radzić sobie w sytuacjach, gdy bezpieka kontroluje telefony, podsłuchuje rozmowy w mieszkaniach i nasyła na nich szpicli.

Sprawa Lecha Wałęsy jest przykra, ale nie zmienia ani o jotę oceny naszej historii. Zwycięstwo przyszło, bo ludzie chcieli wolności. Tego nie da się zniszczyć nawet za pomocą wielkich sił policyjnych, tym bardziej zdrada jednego z przywódców też nie mogła tego zaprzepaścić. Wałęsa, chcąc być wiarygodny, musiał lawirować pomiędzy bezpieką a Solidarnością i już to samo zmuszało komunistów do dodatkowego wysiłku. To Solidarność stworzyła potencjał, którego nie dało się ostatecznie wymazać i który wymusił zmiany. Solidarność nigdy nie oznaczała walki jednego człowieka, ale zjednoczony wysiłek milionów. I to był prawdziwy klucz do zwycięstwa. Zdrada Wałęsy tego nam nie odbierze.