Rozmyślając nad kolejną odsłoną przykrej historii Lecha Wałęsy, chciałbym przywołać inny, lekko już zapomniany autorytet moralny – Andrzeja Szczypiorskiego. Szczypiorski w kraju pierwszy do krytykowania Polaków i Kościoła, za granicą dokładający do tego pakietu rozgrzeszanie Niemców, cieszył się mocną pozycją w latach 90. Pisał i mówił to, co możni tego świata chcieli przeczytać i usłyszeć, więc i inni musieli czytać i słuchać. Do czasu.

W pewnym momencie okazało się, że poza obrzydliwymi artykułami i przykrymi dla Polaków książkami, literat miał na koncie również raporty pisane pod pseudonimem „Mirek”. Raporty, których bohaterem był jego ojciec, Adam Szczypiorski, przedwojenny PPS owiec, którego komuniści, za pośrednictwem syna, namówili do powrotu z emigracji. Gwiazda Andrzeja Szczypiorskiego zgasła na tyle, że nikt nie przypomina dziś takich jego słów, jak wypowiedź dla niemieckiego tygodnika „Christ in der Gegenwart”: „Cechy charakterystyczne społeczeństwa polskiego to: alkoholizm, nieuczciwość, brak tolerancji względem inaczej myślących, nieposzanowanie pracy, zarówno cudzej, jak i własnej. Wypadałoby zapytać, czy takiemu społeczeństwu przysługuje miano chrześcijańskiego”. A przecież słowa te aż się proszą o wykorzystanie jako argumentu w dyskusji nad naszym oporem przeciw bezrefleksyjnemu przyjęciu polityki imigracyjnej Niemiec, idealnie wpisując się w argumentację lewicowych publicystów i moralistów z Janem Tomaszem Grossem i Zygmuntem Baumanem na czele. A jednak Szczypiorski z debaty zniknął i pamiętają o nim jedynie przeciwnicy niegdyś hołubiącego go salonu, dla którego nieżyjący już pisarz nie jest wygodnym wspomnieniem.

Przedinternetowy przemysł pogardy

Tytuł autorytetu moralnego nie jest przez elity z okolic Czerskiej przyznawany raz na zawsze. Czy Wałęsa może zostać zapomniany, jak Szczypiorski? Oczywiście nie, ponieważ jego rola była nieporównywalnie większa. Sprzedajnych pisarzy było wielu, Wałęsa był, choć może w innym znaczeniu, niż sam to głosi, jedyny w swoim rodzaju. Można było atakować go do roku 1992. Kiedy środowisko „Gazety Wyborczej” liczyło na przejęcie całego rządu dusz, uczyniło Wałęsę celem nagonki, kreując pierwszą – przedinternetową – wersję przemysłu pogardy. Koszulki z cytatami nieskładnych wypowiedzi ówczesnego prezydenta, żarty, rysunki satyryczne, piosenki ro­ckowe – kto nie pamięta tamtych czasów, może się poczuć zaskoczony, gdy uzmysłowi sobie, że skala nienawiści i pogardy do Wałęsy, wówczas przedstawianego jako prostaka i cwaniaka, który ośmielił się zakwestionować moralne prawo do władzy elit skupionych wokół Bronisława Geremka i Adama Michnika, niewiele ustępowała późniejszej, wobec braci Kaczyńskich. Zmienił to dopiero 4 czerwca 1992 r., gdy wszystkie siły, przerażone perspektywą ujawnienia akt bezpieki, zobaczyły w sobie sojuszników. W ostatnich dniach, kiedy znów odezwał się chór obrońców Lecha Wałęsy jako największego dobra narodowego, niektórzy przypomnieli czujnie, co „Gazeta Wyborcza” pisała o nim przed „nocną zmianą” i uznającym władzę Wałęsy pamiętnym przemówieniem Jacka Kuronia.

Kwestionują autorytety

Po latach ton krytyczny wobec Wałęsy pojawiał się z tamtej strony wtedy, gdy pozycja elit wydawała się niezagrożona, „legendarny przywódca” zaś swoimi nieskładnymi działaniami i wypowiedziami (takimi jak słowa o homoseksualistach czy poparcie Libertas) wychodził poza przygotowaną dla niego rolę maskotki. Wąsatego misia, z którym można się sfotografować, który czasem powie coś zabawnego lub przykrego, oczywiście pod adresem wspólnego wroga, lub wrzuci do internetu zdjęcie, które da się przerobić na nieszkodliwego internetowego mema. Dla wielu ludzi pozostawał przy tym symbolem wygranej walki z komunizmem i przemian po 1989 r., traktowanych jako sukces.

Równocześnie jednak, dla coraz większej grupy Polaków, Lech Wałęsa stał się postacią w najlepszym razie dwuznaczną, a dla wielu – po prostu zdrajcą. Rosnąca liczba potwierdzeń jego agenturalnej przeszłości szła w parze z mętnymi, ośmieszającymi jedynie dawną ikonę tłumaczeniami, próbami wyżebrania świadectwa moralności u dawnych ubeków i próbami zablokowania dyskusji z pozycji siły. Tymczasem do głosu doszło pokolenie urodzone już po 1989 r., które nie musi bronić wizerunku niezłomnego Wałęsy jako elementu generacyjnej tożsamości. Zakwestionowanie autorytetu Wałęsy nie stawia pod znakiem zapytania ich własnej walki czy życiowych wyborów, co może być udziałem osób urodzonych i wchodzących w działalność polityczną i związkową w czasach PRL u. Dla osób, dla których Wałęsa przez lata był punktem odniesienia, bohaterem z produkowanych i kupowanych pokątnie podziemnych kalendarzy i znaczków, sprawa nie jest tak prosta. W grę wchodzą własna pamięć, nadzieje, emocje. I choć dla wielu długotrwałą kuracją, wyprowadzającą z zauroczenia Wałęsą, była praktyka jego prezydentury, czym innym jest jednak uderzenie w mit przywódcy Solidarności. Łatwiej uznać, że Wałęsę przerosła władza, niż przyjąć do wiadomości fakt jego współpracy z bezpieką.

Polska mogła być inna

Utrudnia to kilka czynników równocześnie. Pierwszy z nich, a zarazem najważniejszy, to propagandowe utożsamienie Solidarności z Lechem Wałęsą. Proces ten, rozpoczęty jeszcze w sierpniu ’80 i trwający do dziś, powoduje, że dla wielu osób uderzenie w przywódcę związku jest atakiem na sam związek, przekreśleniem całej Solidarności roku 1980. Zasmucające jest, jak wiele osób – również tych, które same w sobie nie miały w tym żadnego interesu – uwierzyły, że Solidarność to jedynie Wałęsa i 10 mln ludzi, którzy bez przywódcy byliby zupełnie bezradni, bezsilni i niezorganizowani. Historia WZZ-ów, strajku w stoczni czy I zjazdu „S” pokazuje nam, że wybór Lecha Wałęsy nie był wyborem bezalternatywnym, zdecydowały o nim zaś w dużym stopniu jedynie pewne kwestie wizerunkowe, pewność siebie głównego zainteresowanego oraz również, już podczas zjazdu, liczne zakulisowe działania, w których wpływ inwigilujących to wydarzenie tajnych współpracowników był o wiele większy, niż mogłoby się wydawać.

Nie chcę pisać o kwestii samej współpracy Lecha Wałęsy z bezpieką, ponieważ została ona omówiona już w bardzo wielu tekstach, skomentowana na wszystkie sposoby i ze wszystkich chyba możliwych pozycji. Dziś, gdy obrońcom Wałęsy coraz trudniej tej współpracy zaprzeczać, pojawia się nowa narracja, według której mamy do czynienia ze starymi grzechami, a może tylko błędami, niemającymi żadnego znaczenia dla późniejszych wydarzeń. To kolejne kłamstwo, któremu nie można pozwolić wygrać. Jeszcze nie wiemy, w jakiej skali donosicielska działalność eksprezydenta wpłynęła na wydarzenia lat 1980–81 i późniejsze, w tym z czasów jego jedynej kadencji. Jednak nawet bez tego musimy pamiętać, jak wiele osób ucierpiało zarówno od donosów „Bolka”, jak i od późniejszej „politycznej poprawności” zabraniającej o nich głośno mówić. O ile inna byłaby dziś Polska, gdyby na margines polskiej polityki nie zepchnięto oponentów Wałęsy z lat pierwszej Solidarności, postaci takich jak Anna Walentynowicz czy małżeństwo Gwiazdów? Ile osób zmieszano z błotem, kiedy ośmielały się mówić o tym, o czym, jak słyszymy dziś, „wszyscy wiedzieli”? Przecież ofiarami donosów Lecha byli nie tylko jego stoczniowi koledzy z lat 70., lecz również, całkiem niedawno, Krzysztof Wyszkowski czy Paweł Zyzak. A patrząc w perspektywie szerszej, jeśli potwierdzą się podejrzenia o wpływie uwikłania Wałęsy w relacje z bezpieką na jego późniejszą karierę i decyzje – my wszyscy.

W ostatnich dniach pojawiło się wiele głosów ostrzegających, że podgrzanie emocji wokół „Bolka” ma odwrócić naszą uwagę od innych spraw lub nieznanych jeszcze dokumentów. Nie lekceważyłbym ich, jednak myślę, że jeżeli mamy do czynienia z prowokacją, jest to działanie, którego skutków ewentualni autorzy sobie nie uświadamiają. Zakwestionowanie przejrzystości motywów Wałęsy jako lidera opozycji czasów przełomu pociąga za sobą ostateczną negację III RP jako wolnego, demokratycznego państwa, stworzonego wspólnym wysiłkiem i jedynym możliwym kompromisem. Tym bardziej jeśli za ujawnieniem rozmów z Magdalenki pójdą głębsze poszukiwania źródeł porozumienia, chociażby spotkań wybranych opozycjonistów z władzą między 1981 a 1989 r. Oznaczać to może dekonstrukcję i kompromitację kontrolowanego przełomu, więc również jego następstw. Jeżeli ta lawina ruszy, obrońcy III RP stracą tradycję, do której dziś jeszcze, licząc na niewiedzę i naiwność, mogą się odwołać. Tak jak stracili kilkanaście lat temu Andrzeja Szczypiorskiego.