Subkultura elit, która w III RP weszła w miejsce kultury wysokiej i do dziś próbuje nieudolnie odgrywać jej rolę, bardzo szybko uruchomiła procesy społecznego rozkładu. Na szczęście wiele wskazuje na to, że został on ostatnio zahamowany siłami samego społeczeństwa - pisze Andrzej Waśko w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.

W roku 2007 odbywałem częste rozmowy z kimś, kto w kilku rządach po 1989 r. pełnił funkcję wiceministra edukacji i był bardzo dobrze zorientowany w dziejach reformy szkolnictwa, wprowadzonej za czasów rządu Jerzego Buzka. W czasie jednej z takich rozmów na moje pytanie, jak by scharakteryzował mentalność grupy, która reformę oświaty przeforsowała i wprowadziła, ów doskonale zorientowany w temacie dżentelmen odpowiedział krótko: – To subkultura „Gazety Wyborczej”.

Określenie „subkultura »Gazety Wyborczej«” przyjąłem początkowo jako dobry żart. Skojarzenie cech mentalnych areopagu autorytetów i celebrytów, wprowadzających Polskę do Europy, z pojęciem stosowanym w socjologii w odniesieniu do środowiska hipisów, punków, skinheadów i innych tego typu odmieńców było, na pierwszy rzut oka, przewrotne – ale zarazem zabawne – i oryginalne na tle będących wówczas w obiegu terminów „salon” i „michnikowszczyzna”.

Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem jego ukrytą przenikliwość. Bo jeśli się nad nim głębiej zastanowić, to mówi ono, że to, co w III RP identyfikowane jest jako kultura wysoka, ma w znacznej części charakter subkultury, czyli „podkultury”. A to, co w kulturze i polityce nazywa się mainstreamem, czyli „głównym nurtem”, wypełnione jest de facto treściami z marginesów i peryferii. I to jest najlepsza diagnoza stanu społecznego III RP. Dziś, po wyborczym zwycięstwie prawicy, kiedy wrocławski, utrzymywany z państwowych pieniędzy teatr zapowiada pokazywanie scen porno live, warto to szerzej wytłumaczyć.

Co mają wspólnego firmowany przez organ Adama Michnika kulturowy mainstream i polityczna poprawność z młodzieżowymi subkulturami wyrosłymi z kontrkultury lat 60.? Przede wszystkim zasadniczy zbiór wyznawanych wartości. Żaden nowoczesny i europejski (we własnym mniemaniu) polityk, literat, profesor, artysta lub edukator nie powie dziś, że wartościami tymi są prawda, dobro i piękno. Zamiast tego każdy wskaże wolność jednostki, prawo wyboru, swobodę poszukiwań i samorealizacji nieskrępowanej normami obyczajowymi i moralnymi, „narzucanymi” przez ogół społeczeństwa. Czyli frazesy wszelkich subkultur, kontrkultur, a także znanej od lat 70. ubiegłego wieku frywolnej komercji filmowej, tyle że w ostatnich latach głoszone u nas przez niektóre autorytety, artystów oraz dyrektorów państwowych galerii i teatrów.

Zerwanie ciągłości

Dyrektor wrocławskiego teatru, który za pieniądze podatników wynajmuje profesjonalnych modeli do uprawiania na scenie seksu na żywo, jest posłem Nowoczesnej.pl. Obrońcy jego pomysłu powołują się w internecie na wolność sztuki i argumentują, że skoro lekcje religii w szkołach opłacane są z ich podatków, czego oni sobie nie życzą, to podobne spektakle również mają prawo do publicznego dofinansowania. Dowodzi to, że ci ludzie nie widzą różnicy, jaka zachodzi pomiędzy lekcją religii a pornografią. Analogicznie, w poprzedniej kadencji sejmu poseł Ruchu Palikota, Andrzej Rozenek, żądał opodatkowania Kościoła, bo skoro – jak dowodził – stacje benzynowe płacą podatki, to parafie też powinny. Na pytanie, czy nie widzi różnicy między stacją benzynową a kościołem, odpowiedział, że „nie widzi żadnej”. Niewątpliwie ludzie, którzy nie widzą różnicy między religią a pornografią i między kościołem a stacją benzynową nie należą do tej samej cywilizacji co my. Tu i teraz nauczyła ich takiego myślenia subkultura, którą oni sami uważają za najwyższy stopień kultury i nowoczesności. Przyjrzyjmy się więc tej subkulturze nowoczesnych elit.

Najważniejszą cechą subkultury elit III RP jest to, że do całości kultury polskiej i europejskiej mają one stosunek nie tylko radykalnie krytyczny, ale i wyjątkowo selektywny, wybiórczy. W całym świecie zachodnim, w połowie XX w. nastąpiło generalne zerwanie z religią, edukacją klasyczną, ideałami moralnymi dojrzałości, lojalności i dyscypliny oraz z instytucjami i obyczajami, które służyły pielęgnowaniu tych ideałów. Na ich miejsce weszła uboga, permisywna popkultura dla mas, generująca muzyczne subkultury młodzieżowe. Natomiast ambitnym studentom kierunków artystycznych i humanistycznych o aksjologicznym dziedzictwie pokoleń kazały zapomnieć modne nowoczesne teorie emancypacji. Wszystko, co w ich świetle w ciągu ostatnich 25 lat nie przeszło testu na nowoczesność i tolerancję, zostało napiętnowane, usunięte z systemu edukacji i wyparte ze świadomości lewicowych środowisk akademickich i twórczych, które po roku 1989 rozpoczęły u nas nowy marsz przez instytucje. Ale intelektualne wyposażenie umysłów, z którym go rozpoczęły, było równie jednostronne i niemal równie ubogie jak wyposażenie subkulturowej młodzieży. A więc tak jak członkowie subkultury heavymetalowej słuchali tylko metalu, a członkowie grup punkowych tylko muzyki punk – tak i nowocześni intelektualiści czytali tylko innych nowoczesnych intelektualistów (z reguły we fragmentach i niedokładnie).

Poczucie wyobcowania

Cechą wszelkich subkultur i sekt jest poczucie obcości ich członków w stosunku do ogółu społeczeństwa. Nie co innego bije też w oczy, gdy bierze się w rękę jakąkolwiek z niezliczonych wypowiedzi środowiska „Gazety Wyborczej” na temat ogółu polskiego społeczeństwa i jego cech narodowych. „Kim są Polacy?” – zapytuje w tytule książka wydana w 2013 r. przez to środowisko, będąca zbiorem wypowiedzi starych i nowych autorytetów intelektualnych (z udziałem Adama Zagajewskiego, Agaty Bielik-Robson, Przemysława Czaplińskiego i innych). Dla tych czołowych intelektualistów nowej lewicy Polacy są jakąś obcą, prymitywną i groźną masą, do której oni sami – jak w przypływie szczerości wyznaje Bielik-Robson – należą „z przypadku”. A w ogóle ich największym powodem do dumy wydaje się być ich własna odmienność od całej reszty narodu, dotkniętego – jeśli wierzyć temu, co mówią – istną plagą odrażających cech i dysfunkcji. Bp Andrzej Ryś biada więc we wspomnianej książce nad prymitywizmem umysłowym Polaków, którzy nie podzielają problemów i trosk Adama Michnika, a Joanna Tokarska-Bakir tropi antysemickie spiski w narodzie. Wszyscy autorzy książki jednoczą się na jej kartach w ekskluzywnej komunie intelektualistów pod patronatem guru z ul. Czerskiej.

Poczucie własnej obcości wobec ogółu społeczeństwa jest cechą często spotykaną zarówno wśród członków subkulturowych grup młodzieżowych, jak i wśród intelektualistów. Autyzm i osobiste nieprzystosowanie człowiek zdolny i pracowity może jednak wysublimować w rozwiązywanie problemów matematycznych, studiowanie martwych języków, pisanie wierszy albo pracę w laboratorium. Ucieczka w łatwą akceptację w grupie subkulturowej nie wymaga takiego wysiłku, przeciwnie, jest zazwyczaj pójściem po linii najmniejszego oporu. Subkulturę elit III RP tworzą ci, którzy wybrali drogę pośrednią. Twórcy współczesnych polskich powieści, których bohaterem jest wyobcowana przez swoją odmienność od ogółu jednostka (ich własne alter ego), ustawiają się w pozycji ofiar społeczeństwa i z tej pozycji „ofiary” atakują ogólnie przyjęty system wartości. Powieści analizowane przez Przemysława Czaplińskiego, ciężki los badaczek polskiego antysemityzmu, nad którym biada Tokarska-Bakir – pozwalają zrozumieć psychologiczny mechanizm powstawania subkultury elit. Lgną do niej bowiem jednostki wyobcowane, które własne kompleksy i traumy przekształcają w oskarżenie przeciwko społeczeństwu. A że to opluskwianie własnego narodu, jego mentalności i historii, było w III RP przepustką na salony, pozwalało, jak dotąd, nowoczesnej cyganerii rekompensować sobie cierpienia płynące z życia „w tym kraju” przelotnymi uniesieniami popularności w blasku fleszy i awansami, którymi darzyła ich postępowa władza.

Polska jak Czerska

Do subkultury upodabnia też elitę intelektualną III RP niemal całkowite zamknięcie społeczne tej grupy. W obu wypadkach wszystkie relacje międzyludzkie są interakcjami w obrębie grupy własnej. Nikt tam nie utrzymuje kontaktów z myślącymi inaczej. Każdy rozmawia tylko z tymi, z którymi się zgadza w duchu obowiązującej tam ideologii, przez co w jego umyśle rodzi się złudne wrażenie, że jego grupa obejmuje jeśli nie całość, to większość społeczeństwa (poza, rzecz jasna, grupką wariatów z „sekty smoleńskiej” i innymi „wymierającymi dinozaurami”). I tak samo jak w subkulturach i sektach, sprzeczność między wyobcowaniem a poczuciem własnej wyższości, misji i potęgi rozwiązuje tu przekonanie, że moment ostatecznego zwycięstwa postępu jest bliski, bo przecież „świat idzie do przodu” i lada chwila cała Polska będzie wyglądała, „jak jedna wielka redakcja »Gazety Wyborczej«” (jak to kiedyś celnie ujął Ryszard Legutko). Z tej izolacji i sekciarskiej wiary w zbliżającą się ostateczną przemianę świata („unowocześnienie Polski”) wynika przeżywany obecnie szok, w jaki subkulturowe elity popadły po majowych wyborach prezydenckich i niedawnym zwycięstwie wyborczym prawicy.

Paradoks, że kulturowy mainstream zamiast zgodnie ze swoją nazwą reprezentować główny nurt społecznego myślenia, stał się na naszych oczach tubą mniejszości, najlepiej można zilustrować aktualną pozycją ideologii gender na uniwersytetach lub głośnym stwierdzeniem aktorki Joanny Szczepkowskiej, że polski teatr został opanowany przez lobby homoseksualne. I wbrew przekonaniu zwolenników ideologii gender, nie chodzi tu o tolerancję czy jej brak dla czyichś upodobań seksualnych. Chodzi o to, powtórzmy, że to, co nazwano głównym nurtem w kulturze i polityce III RP, z różnych powodów reprezentuje stanowisko mniejszości. Rzeczywisty główny nurt postaw społecznych jest zupełnie gdzie indziej, nie znajdując należytej reprezentacji w polityce medialnej i kulturalnej państwa. Tam bowiem panuje, jak dotąd, subkultura uprzywilejowanej mniejszości.

Obsadzenie przez władzę polityczną i media prestiżowych pozycji życia literacko-artystycznego ludźmi o umysłach zamkniętych, zbuntowanych przeciwko dziedzictwu kulturowemu, jednostronnie sformatowanych przez szkodliwe mody intelektualne, miało w ubiegłym 20-leciu fatalny wpływ na intelektualną „klasę średnią”: nauczycieli, prawników, dziennikarzy i aktorów. Subkultura elit szerząca się wśród kadry akademickiej była (i jest) naśladowana przez dużą część jej wychowanków. Mania nowoczesności, ograniczająca zainteresowania kulturalne do zjawisk wąsko rozumianej współczesności (w praktyce do rzeczy modnych i reklamowanych), sprzyjała szerzeniu się ignorancji historycznej i estetycznego bezguścia. Doprowadziło to do okrojenia listy szkolnych lektur i marginalizacji nauczania historii. U prawników skutkiem braku solidnego wykształcenia (m.in. nieznajomości prawa rzymskiego i podstaw łaciny) stała się nieumiejętność logicznego myślenia i brak elementarnego rozeznania w sprawach, które zaczęły trafiać do sądów. Wszyscy mamy w pamięci serię kuriozalnych wyroków i ich uzasadnień, takich jak w sprawie „Gazety Wyborczej” przeciwko Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Subkultura elit rozlewała się w dół, bo reprezentując myślenie po najmniejszej linii oporu, oferowała warstwie wykształconej życie ułatwione. Z humanistyki rugowała żmudnie zdobywaną erudycję, ze szkolnictwa wiedzę, w sztuce pozwalała zastępować gust i trudną sumienność w obliczu wzorów prowokacją obyczajową i antyintelektualnym widowiskiem. Ambitna publiczność, która chciała się dowartościować w promieniowaniu elitarnej, nowoczesnej twórczości, została w ten sposób wciągnięta w promieniowanie nierozpoznanej przez siebie subkultury.

Bunt przyszedł z dołu

Ta subkultura elit, która w III RP weszła na miejsce roli kultury wysokiej i do dziś próbuje nieudolnie odgrywać jej rolę, bardzo szybko uruchomiła procesy społecznego rozkładu. Na szczęście wiele wskazuje na to, że rozkład ten został ostatnio zahamowany siłami samego społeczeństwa. Tkanki społecznej i wpisanego w kulturę polską kodu cywilizacyjnego, odrzuconego przez liberalne elity, i naśladującą elity klasę średnią, nie udało się zniszczyć na poziomie podstawowym. Odrodzenie społeczne przyszło więc od dołu. Zbuntowała się młodzież, która sama zaczęła szukać czegoś, co było jej potrzebne, a czego nie znajdowała w adresowanej do siebie rozrywce. Tym czymś okazała się historia, usunięta z programów szkolnych, spontanicznie odszukana za sprawą niezliczonych grup rekonstrukcyjnych i przywróconej po 60 latach pamięci o Żołnierzach Niezłomnych. Swoją rolę odegrał tu także ruch młodych kibiców, tak znienawidzonych przez establishment i media. Sygnałem nadchodzącej zmiany były w roku 2013 spontaniczne, organizowane przez grupy obywateli i samorządy obchody rocznicy powstania styczniowego.

Rewolucja w mediach

Ostoję politycznej poprawności i najlepszy instrument kontroli społecznej – telewizję – opanowaną przez ośrodki „resortowe”, zdetronizowały wśród młodzieży nowe media społecznościowe. Dzięki internetowi młodzi ludzie, którzy przed 2010 r. sądzili, że polityka jest nudna, przekonali się, że ona jest w istocie fascynująca, jeśli tylko widzi się coś więcej niż propagandową fasadę. W młodym pokoleniu internet skończył epokę telewizji jako Wielkiego Brata. W sieci, skazani przed telewizorem na bierność odbiorcy mogli stać się także nadawcami – i skorzystali z tego. Spluralizowało to przekaz medialny i uruchomiło nowy proces polityczny, którego wyrazem stały się wyborcze zwycięstwa prawicy. I procesu tego nie da się już zatrzymać. Ku prawdziwemu przerażeniu „Gazety Wyborczej” na stadionach, w czasie obchodów rocznicowych i w internecie zobaczyliśmy młodzież „nienowoczesną”, zbuntowaną przeciwko Michnikowi, a nie przeciwko polskiej tradycji. Tej młodzieży po ośmiu latach rządów PO już nie dało się powiedzieć, żeby przed wyborami schowała dowód osobisty babci. Odrodzenie solidarności pokoleń, które widzimy w statystyce głosów oddawanych w tegorocznych wyborach na Andrzeja Dudę oraz Prawo i Sprawiedliwość, jest też wielką klęską projektu Jerzego Owsiaka, który społecznemu zapleczu liberalno-lewicowej władzy chciał nadać formę wprost zaczerpniętą z młodzieżowych subkultur muzycznych. Tyle że Owsiak postawił na młodzież taką, jaką ona była 40 lat temu, a nie taką, jaką jest dzisiaj.

W książce „Kim są Polacy?” intelektualna frontmenka subkultury elit, Agata Bielik-Robson, twierdziła, że Polska jest passé, bo nie da się jej pogodzić z nowoczesnością. A ponieważ trzeba wybierać między Polską i nowoczesnością, to ona wybiera nowoczesność. Wystarczyły jednak dwa lata, żeby nienowocześni wyznawcy polskich mitów i „sekta smoleńska”, która nie przeszła „nominalistycznego przełomu, jaki dokonał się w kulturze Zachodu”, wygrali wybory ze zwolennikami nowoczesności, dzięki lepszemu posługiwaniu się Twitterem i Facebookiem.

Ten oczywisty dziś fakt powinien – o ile to możliwe – przemówić do wyobraźni elektoratowi Nowoczesnej.pl. Zespół „nowoczesnych” przekonań, które ten elektorat traktuje jak polityczną religię, jest nie tylko absurdalny, ale i samowywrotny, autodestruktywny. Fetyszyzowanie nowoczesności zmusza do walki z całym dziedzictwem kulturowym, które nie jest nowoczesne. A ponieważ testu na nowoczesność nie przechodzi 95 proc. dorobku umysłowego, wzorów moralnych i świadomości estetycznej, jaką nasze społeczeństwo uzyskało na przestrzeni dziejów, walka o nowoczesność staje się walką z kulturą sensu stricto, prowadzoną z pozycji subkulturowych. Kto tak zaczyna, ten w końcu, w imię nowoczesności, musi postawić na pornografię i bronić jej jako sztandaru swojej sprawy. Tego jednak ogół społeczeństwa nie zrozumie (i będzie miał rację) i za tym nie pójdzie, więc misjonarze nowoczesności, których burzliwy okres postkomunistycznej transformacji wyniósł w Polsce na pozycję elit, wcześniej czy później – raczej już niedługo – wrócą tam, skąd przyszli – to znaczy na margines.
 

Całość artykułu ukaże się w 126. numerze dwumiesięcznika „Arcana”, w grudniu br.