Jarosław Kaczyński powiedział mi kiedyś, że gdyby został prezydentem, nie wiedziałby, czy mnie rozstrzelać za jedne sprawy, czy odznaczyć za to, co robię w sprawie Smoleńska. Prezydenturę oddał Andrzejowi Dudzie (oczywiście nie bez osobistych zasług tego ostatniego), więc na order nie mam już co liczyć.

Za to jako premier będzie mógł mnie jeszcze rozstrzelać. Zresztą zawsze uważałem, że mimo licznych prób poderżnięcia mi gardła przez PO jedynym politykiem, który naprawdę gdyby chciał, mógłby mi zrobić coś złego, jest Kaczyński. Tylko on ma dostatecznie dużo męskich hormonów w polskiej polityce, mówiąc po meksykańsku ma dostatecznie duże cojones. Moje poparcie dla premierostwa Kaczyńskiego jest więc nie tylko zupełnie bezinteresowne, ale i zawiera sporą domieszkę romantyzmu młodego sapera. Co zrobić? Reszta polskiej klasy politycznej słabo budzi moją sympatię. Wyjątek robię jeszcze dla Antka Macierewicza, ale jego poznałem w konspiracji i jest jedynym znanym mi optymistą, który pod tym względem przebija nawet mnie.

Co do orderu, pewnie dostanie go jeden z braci Karnowskich. Zawsze obrażali się na mnie, że nie potrafię ich odróżnić, więc po tym będę mógł mówić: ten odznaczony albo ten nieodznaczony. Mam nadzieję, że zachowają powagę i orderu nie będą używali obaj. Oczywiście nie twierdzę, że na order nie zasłużył Paweł Lisicki. Jest jedynym intelektualistą w gronie naczelnych prawicowych pism. Z zupełnie poważną miną potrafi odpowiedzieć na pytanie: „Czy jest w ciąży”, że sprawę trzeba zbadać i żadnej opcji z góry nie przesądzać.

Tuż przed tym, zanim zostałem szefem „GP”, wybrałem dla swojego felietonu nazwę „Wróg ludu”. I to było niestety prorocze. Dziesięć lat temu byłem chyba najczęściej zapraszanym do różnych telewizji prawicowym publicystą. Teraz żeby gdzieś wystąpić, musiałem zrobić sobie telewizję (nie twierdzę, że sam). Z małego ekranu wykopano mnie głównie przez ujawnianie agentów, trochę przez moją nieukrywaną sympatię do Kaczyńskiego i Macierewicza, a na koniec za to, że w sprawie Smoleńska od początku gadałem tak samo. Trzeba było zmieniać zdanie jak inni i pewnie gdzieś jakieś okienko by się znalazło. Dzisiaj ze swoimi poglądami mógłbym zostać nawet autorytetem. A tu, mimo że zdania nie zmieniłem ani na jotę i mówię takim samym głosem, jak od pewnego czasu dziesiątki innych dziennikarzy – nadal jestem oszołomem.

Pytano mnie, co bym chciał dostać na dziesiątą rocznicę kierowania przeze mnie „Gazetą Polską”. Jak wspomniałem, na order już nie liczę, majątku też pewnie się nie dorobię, ale jedna rzecz by mnie bardzo ucieszyła – chcę, by obecny numer „GP” stał się całkowicie powszechny. Bardzo podobała mi się akcja: „Czytamy obciachowe gazety”. Niech więc „Gazeta Polska” pojawi się w każdej knajpie, u fryzjera, sąsiada, a nawet proboszcza. Muszą Państwo na ten prezent odżałować parę złotych. Co zrobić? Macie takiego naczelnego. Jak sobie zmienicie na kogoś bardziej potulnego, będą wam wciskać gazetę za darmo – jak „Wyborczą”. Ta ma przydziały wszędzie, jak przypuszczam, również w zakładach pogrzebowych. Tam zresztą klienci nie są bardzo wymagający i zniosą nawet organ Michnika.

A tak poza tym to Wam wszystkim bardzo, bardzo dziękuję i przyznam się szczerze: naprawdę Was kocham.