Trzy tygodnie temu prezydent Bronisław Komorowski odznaczył Bartłomieja Sienkiewicza Krzyżem Wolności i Solidarności za zasługi w działalności na rzecz niepodległości i suwerenności Polski oraz respektowania praw człowieka w PRL u. Dziś, gdy na Sienkiewicza pada podejrzenie, że zlecił podpalenie budki wartowniczej przed ambasadą Rosji 11 listopada 2013 r., przyznanie byłemu szefowi MSW tego odznaczenia wygląda jak ponury żart.

„Państwo zrobi wszystko, aby udowodnić, że to ono ma monopol na przemoc, a nie bandyci” – te słowa wypowiedział Bartłomiej Sienkiewicz, minister spraw wewnętrznych, po spotkaniu z premierem Donaldem Tuskiem w sierpniu 2013 r. Dotyczyło ono działań MSW po wydarzeniach na gdyńskiej plaży: doszło tam do bójki między meksykańskimi marynarzami a kibicami Ruchu Chorzów. I chociaż później okazało się, że awanturę rozpoczęli Meksykanie, to Bartłomiej Sienkiewicz wówczas uzurpował sobie prawo do bycia monopolistą na przemoc.

Trzy miesiące później spłonęła budka wartownicza przed ambasadą Rosji. Jak jednoznacznie wynika z nagrania ujawnionego przez dziennikarza śledczego Cezarego Gmyza, za podpaleniem miał stać właśnie Bartłomiej Sienkiewicz.

„Bartek się nauczył zarządzać wszystkim przez telefon. On dzwoni i on im rozkazuje. I tak samo poszli, spalili budkę pod ambasadą” – te słowa stały się symbolem sprawowania rządów przez Platformę Obywatelską. Wypowiedział je Paweł Wojtunik, szef CBA, podczas rozmowy z Elżbietą Bieńkowską (pełniła ona w tym czasie funkcję wicepremiera) w restauracji Sowa i Przyjaciele.

Na początku główni bohaterowie nagrania – Wojtunik i Sienkiewicz – zaprzeczali, by za podpaleniem budki wartowniczej miał stać szef MSW. Po opublikowaniu całego nagrania w sieci – zamilkli.

Komorowski przeprasza Rosję

Incydent miał miejsce w Święto Niepodległości 11 listopada 2013 r. w pobliżu ambasady Rosji. Rzekomo nieznani sprawcy podpalili budkę wartowniczą podczas Marszu Niepodległości, a incydent wywołał międzynarodowy skandal. Rosjanie zażądali przeprosin, a w Moskwie przed polską ambasadą doszło do zamieszek.

„Tego nie da się niczym usprawiedliwić. Za to można tylko i wyłącznie z głębokim przekonaniem przeprosić” – komentował spalenie budki wartowniczej Bronisław Komorowski w wywiadzie dla Radia Zet 13 listopada 2013 r. „To jest taka przykra sytuacja, że za ekscesy łobuzerii na końcu wszyscy musimy się wstydzić i wszyscy musimy przepraszać, przede wszystkim państwo polskie i jego władze” – mówił Komorowski.
Z kolei Bartłomiej Sienkiewicz w Pierwszym Programie Polskiego Radia swoim zwyczajem mówił o „bandytach”. „Mieliśmy do czynienia z kolejnym Świętem Niepodległości zepsutym przez bandytów” – stwierdził ówczesny szef MSW.

I chociaż opozycja domagała się natychmiastowej dymisji szefa MSW odpowiedzialnego za fatalne działania policji, która dopuściła do takiego incydentu, Sienkiewicz był niezwykle pewien tego, że nie poniesie żadnych konsekwencji służbowych ani odpowiedzialności politycznej. Publicznie bronił go premier Donald Tusk, a rzecznik rządu Paweł Graś zapewniał: „Szef MSW i policja mogą liczyć na pełne wsparcie ze strony premiera”.

Metody z szafy Lesiaka

Znaleziono nawet winnego podpalenia budki wartowniczej – do aresztu na dwa miesiące trafił Kamil Z., student warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, członek Brygady Łódzkiej ONR u. Później śledztwo przeciwko niemu umorzono. Przede wszystkim trzeba zapytać o odpowiedzialność policji, która zatrzymała studenta, prokuratora, który postawił pierwotne zarzuty, i wreszcie sędziego, który zadecydował o areszcie tymczasowym. Ci wszyscy funkcjonariusze publiczni pozostają bezkarni. Żaden z nich nie poniósł konsekwencji za – mówiąc najbardziej ostrożnie – błędne działania.

Sprawa spalonej budki jak żadne inne wydarzenie jaskrawo pokazuje metody stosowane przez ludzi Tuska i Komorowskiego. Wydawać by się mogło, że po prowokacji z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu już nic nie będzie w stanie zadziwić. Arsenał manipulacji, jakiego wówczas użyto do podzielenia polskiego społeczeństwa, wydawał się wyczerpany. Nic bardziej mylnego! Dziś, czytając wypowiedzi polityków PO, w tym Bronisława Komorowskiego, nasuwa się jeden wniosek: cała sprawa żywcem przypomina metody z szafy Lesiaka, użyte po to, by stłamsić opozycję.

Wystarczy przypomnieć sobie, co wówczas mówili czołowi politycy Platformy Obywatelskiej, co mówił prezydent RP. „Te demonstracje urosły, stały się cząstką jakiegoś obyczaju politycznego, metodą działania politycznego. I niewątpliwie ci, którzy byli promotorami czy obrońcami ekscesów środowisk, nie kibiców, tylko kiboli, popełnili błędy. Tak samo ci, którzy wspierali tego rodzaju radykalne, agresywne środowiska, też mają na koncie sporą winę” – mówił Komorowski. Jego partyjni koledzy jednym głosem krzyczeli o „bandytach”, a każdy, kto sugerował inne scenariusze, był brutalnie atakowany.

Gdy Andrzej Urbański, były szef Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, publicznie stwierdził, że podpalenie budki wartowniczej „to była oczywista prowokacja, komuś zależało na tym, żeby doszło do zadymy; ktoś wydał policji taki rozkaz”, Komorowski odpowiedział atakiem: „Takie tezy trzeba umieć udowodnić. Jak się rzuca tego rodzaju oskarżenia, ot tak, w przestrzeń, jest się nieodpowiedzialnym za Polskę, bo to dotyczy relacji już międzynarodowych. To dotyczy także Święta Niepodległości. I jeżeli ktoś takie rzeczy mówi, to powinien od razu, w następnym zdaniu powiedzieć, że jest w stanie to udowodnić. Bo inaczej jest to kalumnia. Przyjmuję to jako kalumnię” – stwierdził w jednym z wywiadów.

Czy Komorowski i Tusk znali kulisy prowokacji, która poprzez podpalenie budki wartowniczej miała pokazać oszołomstwo i antyrosyjskość opozycji? Na to pytanie na razie nie znamy odpowiedzi. Niewykluczone, że przyjdzie ona wraz z ujawnieniem kolejnych nagrań.

Resortowe święto

Bartłomiej Sienkiewicz został odznaczony przez Komorowskiego w znamienny dzień – 29 kwietnia, w 25. rocznicę zlikwidowania Służby Bezpieczeństwa, którą zastąpił Urząd Ochrony Państwa. Sienkiewicz znalazł w nim zatrudnienie na samym początku – razem z Piotrem Niemczykiem, który do UOP u trafił wprost z „Gazety Wyborczej”, oraz Wojciechem Brochwiczem, późniejszym uczestnikiem prowokacji wymierzonej we Włodzimierza Cimoszewicza z udziałem Anny Jaruckiej.

Zasadniczą kadrę w UOP-ie od początku jego istnienia stanowili byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. To oni byli głównymi mentorami i nauczycielami młodego narybku. Czas pokazał, jak niedaleko padło jabłko od jabłoni.