Bronisław Komorowski przedstawia się jako człowiek służący wolności. Sęk w tym, iż może się tak prezentować wyłącznie dlatego, że w ciągu ostatnich lat z niezwykłą intensywnością pracował nad krępowaniem swobód obywatelskich w Polsce. To dlatego dzisiaj wraz ze swoim środowiskiem politycznym może w miarę spokojnie ćwiczyć ludzi coraz bardziej bezczelnymi manipulacjami. A przekaz o „prezydencie wolności” to chwyt z kategorii superciężkiej. Czas Komorowskiego to czas ubezwłasnowalniania obywateli. Lata codziennego pałowania medialnego ludzi mało gorliwych w składaniu hołdów władzy. Zresztą wszystko jedno której – i tej najwyższej, i tym lokalnym. Na naszych oczach doszło w ciągu ostatnich ośmiu lat do ugruntowania postkomunizmu. A Bronisław Komorowski jest jedną z głównych twarzy tego procesu. Nie tylko postępował przy jego wsparciu, ale bez niego nie byłby on możliwy. Nie jest przypadkiem, że największą konsekwecją w życiu publicznym urzędujący prezydent wykazał się, broniąc komunistycznych, z sowieckim rodowodem, służb specjalnych. To ich istnienie, ich interesy były i są w sferze jego najżywszego zainteresowania. I można zapewne bez większego ryzyka postawić tezę, że przede wszystkim dzięki medialnym i biznesowym stronnikom dawnej peerelowskiej wojskowej bezpieki Bronisław Komorowski zdobył, utrzymał i dzisiaj ponownie zabiega o najwyższy urząd w państwie. W interesy żadnej z grup społecznych urzędujący prezydent nie zaangażował się tak bardzo jak w interesy byłych funkcjonariuszy WSI. To dlatego wybory 24 maja nie są tylko wskazaniem prezydenta, są przede wszystkim kolejną szansą na rozpoczęcie wyrąbywania PRL z naszej rzeczywistości. Mogą oznaczać przywrócenie w Polsce wolności.