Hej tam, jeśli jest jeszcze jakiś frankowicz, który zastanawia się, jak głosować w wyborach prezydenckich, polecam gorąco zapoznanie się z dokumentem wystosowanym przez rząd PO do Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie kredytów we frankach. Bronisław Komorowski jako prezydent współodpowiada za poczynania rządu na arenie międzynarodowej, więc także i to „stanowisko RP” musiało być z nim konsultowane. Głowa państwa jawi się zatem jako namiestnik banksterów, który tylko dogląda strzyżenia polskich owiec…

Trybunał Sprawiedliwości rozstrzyga właśnie na życzenie węgierskiego sądu kwestię, czy „kredyt frankowy” to toksyczny instrument finansowy o najwyższym, graniczącym z pewnością ryzyku strat. Frankowicze nie mają co do tego wątpliwości. Ich zadłużenie sięga po osłabieniu złotego blisko 200 mld zł. Trudno sobie wyobrazić, jak mogło do tego dojść w praworządnym państwie, ale dziś, po latach spłat, mają oni długi często dwukrotnie wyższe niż to, co dostali od banku w złotówkach, gdy brali nieszczęsne „kredyty we frankach”, których notabene nigdy na oczy nie zobaczyli. Niestety, węgierska, polska i europejska sprawiedliwość okazuje się nierychliwa. A czy sprawiedliwa? I tu z góry przepraszam za liczne cytaty nudno-prawne wynikające po części z ostrożności procesowej, a po części z faktu, że trudno bez nich uwierzyć w przewrotność, by nie powiedzieć zaprzaństwo, rządzącego Polską duetu z Platformy: premier Ewy Kopacz i prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Kredyt czy hazard?
I tak, jeśli „kredyt indeksowany do franka” to nie kredyt, a „instrument finansowy”, to w takim wypadku banki, zgodnie z prawem europejskim, powinny ocenić „adekwatność” tego instrumentu do potrzeb klienta, a także poinformować go o podejmowanym ryzyku oraz sprawdzić wiedzę klienta o charakterze i strukturze instrumentu, który nabywa. Co na to rząd i Komorowski? „Postanowienia (klauzule) walutowe zawarte w umowie kredytu walutowego nie stanowią instrumentu finansowego (instrumentu pochodnego) i nie mogą być postrzegane jako usługa inwestycyjna, do której powinny mieć zastosowanie postanowienia dyrektywy 2004/39/WE dotyczące obowiązku dokonania oceny adekwatności – czytamy w stanowisku polskiego rządu. – Ich celem jest bowiem wyłącznie realizacja wzajemnych świadczeń stron umowy kredytu”. Rada rządu Ewy Kopacz, jak Trybunał UE miałby obejść europejskie prawo o ochronie klientów banków, tak by interes banksterów został w Polsce dochowany, powinna wywołać sprzeciw prezydenta. Jednak nabrał on w sprawie frankowiczów wody w usta. Raz tylko rzucił nieprzemyślany i populistyczny pomysł o funduszu pomocy kredytobiorcom.

Jakby tego było mało, rząd i Komorowski piszą dalej, nie pozostawiając najmniejszych wątpliwości, po czyjej stronie obstają, wchodząc przy tym przewrotnie w buty frankowiczów: „Należy podkreślić, że kredytobiorcy w momencie podpisania umowy poprawnie identyfikowali ją jako umowę o kredyt, nie zaś kupno instrumentu finansowego. W kontekście niniejszej sprawy należy wskazać, że jej istotą jest to, że kredytobiorcy w chwili podpisywania umowy kredytu walutowego bagatelizują występujące w niej ryzyko walutowe, koncentrując się na niższych kosztach obsługi zadłużenia niż dla kredytu w walucie krajowej, występujących w chwili zawarcia umowy, i realizują »zyski« z tego tytułu. Ryzyko walutowe dostrzegają oni wyłącznie w sytuacji jego materializacji, gdy koszty obsługi zadłużenia wzrastają. Oczywiście należy założyć, że banki każdorazowo informowały klienta o ryzyku związanym z zawieraną umową”. Frankowiczu, czy również podpiszesz się pod tymi bredniami, czy też zostałeś zwyczajnie oszukany? Czy bank informował o ryzyku, czy też może raczej wpychał klientom „instrument”, na którym każdy z nich stracił dotąd krocie pieniędzy?

Dalej rząd z prezydentem podpowiadają Trybunałowi pokrętne i cyniczne uzasadnienie, które wiele polskich rodzin posłać może z ich mieszkań prosto na bruk: „Oznacza to, że inwestor nabywający instrumenty pochodne działa z zamiarem osiągnięcia zysku lub zabezpieczenia się przed ryzykiem. Tymczasem głównym celem kredytobiorcy zaciągającego kredyt denominowany jest uzyskanie środków pieniężnych. Ryzyko walutowe związane z zaciągnięciem takiego kredytu jest pochodną konstrukcji tego kredytu i nie stanowi celu samego w sobie (ani dla banku, ani dla kredytobiorcy). Klauzula walutowa w żaden sposób nie zabezpiecza stron umowy kredytu przed ryzykiem walutowym”. Cóż za zimne stwierdzenie faktu, że frankowicze zostali po prostu wydani na łup ryzyka dewaluacji złotego. Dodatkowo bulwersuje fakt, że te same banki, nie informując klientów o ryzyku, same zabezpieczały się jednak przed osłabieniem złotego do franka.
Ponadto warto wiedzieć, że zwykle banki, udzielając kredytu we frankach, jako takich w ogóle nie posiadały. Sprzedawały po prostu most Kierbedzia, jak przysłowiowy warszawski oszust.

Zbyt duże, by upaść?
Na koniec rząd i Komorowski używają znanego skądinąd szantażu, że banki – również te zagraniczne w Polsce – okazują się zbyt duże, by upaść: „Rzeczpospolita Polska sygnalizuje równocześnie, że stwierdzenie nieważności postanowień walutowych zawartych w umowach kredytów denominowanych, a w konsekwencji orzeczenie obowiązku przewalutowania takich kredytów, mogłoby spowodować daleko idące negatywne konsekwencje dla rynku finansowego. Przykładowo, w przypadku Polski, przewalutowanie kredytów walutowych według kursu z dnia ich udzielenia mogłoby się wiązać z obniżeniem wyceny większości takich kredytów o około 30–40 proc. i mogłaby wygenerować po stronie banków straty w wysokości nawet kilkudziesięciu miliardów złotych. W kilku bankach współczynniki wypłacalności mogłyby spaść poniżej minimalnego poziomu, prowadząc niektóre z nich do niewypłacalności. Groziłoby to destabilizacją systemu bankowego. Jednocześnie konieczne byłoby podjęcie działań mających na celu dokapitalizowanie banków, również z wykorzystaniem środków publicznych”.

To przecież wierutne kłamstwo, bowiem owe straty powstałyby jedynie na papierze – w bilansach banków, które musiałyby jedynie oddać frankowiczom to, co dotychczas nieuczciwie na nich zarobiły. Nic więcej. Żaden z nich nie zbankrutuje – wystarczy, by zostały dokapitalizowane przez zagranicznych właścicieli częścią ze 100 miliardów złotych zysków uzyskanych przez nie na frankowiczach. I wara od publicznych pieniędzy, z których Komorowski chce ratować zagraniczne banki, bo taki poza retoryką wyborczą byłby rzeczywisty cel stworzenia „funduszu pomocy” kredytobiorcom na koszt polskich podatników przedstawiony ad hoc przez urzędującego prezydenta.

Andrzej Duda raz po raz skutecznie demaskuje zblatowanie urzędującego prezydenta i Platformy z lobby bankowym, m.in. w kwestiach dotyczących frankowiczów. I dlatego mam nadzieję, że zostanie on prezydentem. Frankowicze, głosując zgodnie ze swoim interesem, nie chcą być bez końca okradani.