Używane przez „Wyborczą” reductio ad Hitlerum – wmawianie przeciwnikowi faszyzmu – jest złym obyczajem publicystycznym. Zastrzegam więc, że moje porównanie dotyczy wyłącznie propagandy nazistowskiej i posmoleńskiej, a nie ideologii. W cyklu filmowym „Ludzie Hitlera” Joseph Goebbels poucza, że człowieka „trzeba nasączyć ideami propagandy tak, by tego nie zauważył”. Jej cel musi być „tak mądrze i po mistrzowsku zamaskowany, żeby ten, kogo dotyczy, w ogóle tego nie spostrzegł”. Chwali się też: „Tak zdyscyplinowaliśmy niemieckie dziennikarstwo, że w krytycznych momentach nie musimy im niczego nakazywać”. Wstrząsające jest to, co mówi w filmie dziennikarz Hans Borgelt: „Zawsze myślałem, że mogę pisać, co chcę… dopiero wiele lat później, kiedy czytałem swoje dawne artykuły… odniosłem wrażenie, jakbym wtedy w duchu stał na baczność”. Zajęcie się agentami wpływu w mediach tuszujących Smoleńsk to zadanie dla odpowiednich służb. Ale słuchając Goebbelsa, myślałem o kolegach ze studiów uczestniczących w tej machinie. Co powiedzą kiedyś, gdy o zbrodni smoleńskiej – jak dziś o Katyniu – uczyć się będą w szkole ich dzieci? Udział w smoleńskim kłamstwie będzie miał moc przekreślania całkiem znośnych życiorysów.