Ostatni koncert 19. Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena odbył się w Wielki Piątek. Drugi dzień Triduum Paschalnego jest czasem smutku, żałoby i skupienia. Późnym popołudniem sprawowana jest liturgia Męki Pańskiej. Odbywa się w zupełnej ciszy, a wejście kapłana nie jest poprzedzone ani głośną modlitwą, ani śpiewem.
 
Nawet po prostracji ksiądz pogrąża się w milczącej modlitwie i dopiero później rozpoczyna się liturgia słowa upamiętniająca Mękę Pańską. Nic dziwnego zatem, że wśród utworów wielkopiątkowego koncertu znalazły się utwory opisujące mizerię ludzkiego losu, ale i dające nadzieję na zmartwychwstanie i żywot wieczny.

Metafizyczne dźwięki

„Kindertotenlieder” Gustawa Mahlera do przejmującej i tragicznej poezji Friedricha Ruckerta poświęconej dwojgu zmarłym dzieciom poety powstały w latach 1902–1904. Kompozytor spośród 428 wierszy wybrał tylko pięć i mimo ostrzeżeń żony, że prowokuje los, poświęcił im swoją najpiękniejszą muzykę. Treścią utworów jest skarga ojca, którego indywidualny dramat i cierpienie, wyrażone w słowach „Nieszczęście spotkało tylko mnie!” i próbie buntu przeciwko Bożym planom, kończą się pogodzeniem z losem i zakończeniem ostatniej pieśni: „Żadna ich burza nie trwoży, Ukryte w dłoniach Bożych, Jak w swym matczynym domu śpią”. Trzy lata po skomponowaniu „Trenów dziecięcych” zmarła pięcioletnia ukochana córka kompozytora… Czy Alma Mahler miała zatem rację?

„Schicksalslied” Johannesa Brahmsa to pierwsza z kantat chóralnych sięgających za pośrednictwem klasycznej poezji niemieckiej do greckich mitów. I tu wymowa utworów jest naznaczona nieuchronnością przeznaczenia. Pełnemu szczęściu bogów przeciwstawiony jest tragiczny los człowieka. „Pieśń przeznaczenia” oparta jest na tekście Fryderyka Holderlina.

I wreszcie „Dies illa” Krzysztofa Pendereckiego. Utwór zamówiony z okazji obchodów ubiegłorocznej 100. rocznicy wybuchu I wojny światowej i zaprezentowany wówczas w narodowej bazylice w Brukseli. W koncercie Thou­sand Voices for Peace wystąpiło jeszcze więcej wykonawców, niż wskazywał tytuł koncertu. W tym 39 chórów. „Dies illa” to rodzaj kantaty na troje solistów, trzy chóry mieszane z rozbudowaną sekcją perkusyjną (m.in. z tubafonami znanymi nam z „Siedem Bram Jerozolimy”) oraz grupy instrumentów dętych blaszanych umieszczonej poza salą koncertową. Tekst utworu obejmuje część strof średniowiecznej sekwencji „Dies irae” z łacińskiej liturgii mszy żałobnej. Obraz Sądu Ostatecznego ukazany jest poprzez błaganie grzeszników o miłosierdzie. Trudno o bardziej adekwatny utwór na Wielki Piątek.

Polska premiera najnowszego utworu Krzysztofa Pendereckiego udowodniła wielkość kompozytora i jego niezwykłą biegłość warsztatową. Solistami w „Dies illa” byli Johanna Rusanen – sopran, Agnieszka Rehlis – mezzosopran (znakomita) i Liudas Mikalauskas – bas. W „Kindertotenlieder” solistką była niemiecka śpiewaczka – Alexandra Petersamer. Chór Filharmonii w Krakowie i Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach prowadził Alexander Liebreich.

Gwóźdź programu

A w Wielkim Tygodniu usłyszeliśmy jeszcze świetnego macedońskiego pianistę Simona Trpceskiego w III Koncercie fortepianowym Sergiusza Rachmaninowa. Dedykowany wielkiemu polskiemu pianiście Józefowi Hofmanowi Koncert d-moll należy do najbardziej lubianych przez słuchaczy, ale i najtrudniejszych dla wykonawców dzieł literatury fortepianowej. To bodaj ostatni spośród wielkich romantycznych koncertów fortepianowych w łańcuchu zapoczątkowanym przez Chopina, Schumanna i Liszta.

Po przerwie Orkiestra Akademii Beethovenowskiej z Krakowa pod dyrekcją Vasilija Petrenki wykonała I Symfonię D-dur Gustava Mahlera. Utwór określony został początkowo przez kompozytora jako „Tytan, poemat dźwiękowy w formie symfonii”. Później twórca zrezygnował z jednej części i nadbudowy programowej. I mimo że „Pierwsza” pozostała monumentalna, jest najkrótszą spośród wszystkich dziewięciu symfonii Mahlera. Petrenko to świetny i mimo młodego wieku niezwykle dojrzały artystycznie dyrygent. Poprowadził młodą orkiestrę w sposób doskonały, tworząc dzieło zwarte i – co nieczęste w naszych muzycznych realiach – zbudowane na konkretnych, głęboko przemyślanych i logicznych podstawach.

A dzień wcześniej w Filharmonii Narodowej zabrzmiało najważniejsze bodaj dzieło w tegorocznej edycji Festiwalu Beethovenowskiego. Były to „Vespro della Beata Vergine”, czyli „Nieszpory Maryjne” Claudia Monteverdiego. To pod każdym względem dzieło rewolucyjne. Połączenie nowoczesnej instrumentalnej muzyki weneckiej ze stylem operowym, który współtworzył sam Monteverdi, po raz pierwszy w historii zostało zastosowane w wielkim wokalnym utworze kościelnym. Kompozytor, jako pierwszy we wczesnobarokowej orkiestrze, zrezygnował z przewagi instrumentów dętych na rzecz smyczków.

Przed początkowym chórem „Domine ad adiuvandum me festina” zespół gra – prawie identyczną jak w pierwszej operze Monteverdiego „Orfeusz” – toccatę. W ten sposób w „Nieszporach” do kościoła zostaje wprowadzony styl operowy. We wspomnianej toccacie, wraz z cytatami z „Orfeusza”, kompozytor demonstruje pełne możliwości orkiestry stricte operowej. O kształcie brzmieniowym utworu decyduje podział na kilka chórów, a zarazem zastosowanie do każdego z nich instrumentu podstawowego, czyli continuo, aby uzyskać odpowiedni kontrast dźwiękowy. Śpiewacy-soliści wykonują swoje partie, zmieniając miejsce. W wypadku koncertu w Filharmonii Narodowej śpiewali zarówno na estradzie, jak i po obu stronach balkonu i na „jaskółce”. Monteverdi pozostawił w swojej partyturze mnóstwo dowolności dla wykonawców. Takie były wówczas zwyczaje i pozwalały muzykom korzystać z pełnego bogactwa możliwości interpretacyjnych. Dotyczy to także instrumentarium. Oprócz skrzypiec, zwanych w czasach Monteverdiego violino da brazzo i mających od dzisiejszych odmienny dźwięk, są tu m.in. wiole, czyli altówki oraz wiolonczele i violone – nasz dzisiejszy kontrabas.

Instrumenty dęte to cynki, czyli kornety, poprzednicy dzisiejszej trąbki. Różniące się jednak znacznie, podobnie jak puzony, od swoich dzisiejszych odpowiedników. Monteverdi wymaga od kornetów i puzonów wielkiej wprawy i wirtuozerii. Niestety w koncercie wtorkowym muzykom bostońskim tych umiejętności zabrakło. Jednak zarówno soliści, chóry, jak i orkiestra Boston Baroque pod dyrekcją Martina Pearlmana przedstawili nam znakomitą wersję genialnego utworu, jakim są bez wątpienia „Nieszpory Marii Panny”.

Snobizm pożądany

19. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena przeszedł zatem do historii. Jednak nie fakt, jak wybitni soliści i jak uznane zespoły muzyczne, brały w nim udział, jest najważniejszy. Elżbieta Penderecka osiągnęła pełny sukces frekwencyjny, co w naszej rzeczywistości koncertowej jest ewenementem. Wszystkie, powtarzam, wszystkie koncerty cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, a sale w Filharmonii Narodowej i w Zamku Królewskim wypełnione były w 100 proc. Co więcej, na jednym z koncertów pod ścianami stało blisko stu słuchaczy. Podobnej sytuacji nie pamiętam w Filharmonii od czasów wizyty Igora Strawińskiego na początku lat 60. czy niektórych konkursów chopinowskich. Malkontenci mówią, że Penderecka stworzyła rodzaj snobizmu, że wypada bywać na festiwalu… Daj Boże taki snobizm! Bo choć samo w sobie zjawisko snobizmu ma wydźwięk pejoratywny, to w tym wypadku jest ze wszech miar pozytywne.

Za rok festiwal jubileuszowy – dwudziesty! W podtytule: „Beethoven i nowe drogi”, a odbędzie się w dniach 12–25 marca. Tym razem warto zwrócić uwagę na świetne orkiestry – Deutsche Kammerphiharmonic Bremen z Paavo Jarvim, Collegium Vocale Gent, NDR Sinfonieorchester z Hamburga, Tonhalle-Orchester Zurich oraz polskie zespoły – NOSPR, Filharmonia Narodowa, Sinfonia Iuventus i Sinfonietta Cracovia. Emerson String Quartet, Shanghai Quartet i Szymanowski Quartet. Znakomici soliści i śpiewacy, a wśród nich rewelacyjni Diana Damrau i Thomas Hampson.
Obyśmy tylko zdrowi byli.

A poza tym uważam, że tęcza na pl. Zbawiciela powinna zostać zniszczona!