W 2007 r., gdy do władzy doszło PiS, modlił się o deszcz „zdrowego rozsądku” i pisał o „pełzającym zamachu stanu”, a jego tekst ukazał się w hiszpańskim dzienniku „El Pais”. Osiem lat później napisał do papieża Franciszka donos na polski Kościół. Tekst w ekspresowym tempie przedrukował włoski dziennik lewicowy „La Repubblica”.

Redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” od lat uważa, że największym zagrożeniem dla Polski są trzy „fundamentalizmy” – religijny, moralny i narodowy. Robi więc wszystko, by zwalczyć owe „fundamentalizmy”. Przykładem takich starań były publikacje Adama Michnika w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości, a także późniejsze, zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej.

To straszne PiS

„Cały ten brudny świat podsłuchów i aresztowań, intryg i prowokacji musi zostać obnażony”, „Polska staje się państwem pełzającego zamachu stanu. Jego finałem ma być system, który istniejące instytucje pozbawi substancji demokratycznej i uczyni fikcją”.

Cytaty te nie odnoszą się do rządów Platformy Obywatelskiej, chociaż trafnie oddają aktualną politykę. Wystarczy chociażby przypomnieć aresztowanie w 2008 r. w świetle kamer Jarosława Pinkasa, wiceministra zdrowia w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości. Trafił on do aresztu, wyszedł po wpłaceniu gigantycznej kaucji. Teraz, po ośmiu latach, został oczyszczony z wszelkich zarzutów. Czy jego aresztowanie nie było zatem jedynie walką z przeciwnikami politycznymi?

Dla Adama Michnika największe zagrożenie dla Polski stanowili bracia Kaczyńscy, o czym pisał wprost w 2007 r.

„Wiele wskazuje, że obóz Kaczyńskiego, czyli Polski populistycznej, mimo okresowych zawirowań zachowuje stabilność i może sprawować władzę przez następne sześć lat […]. Bo dla Jarosława Kaczyńskiego Polska to tyle, co on sam – wraz z bratem i najbliższymi współpracownikami […]. Autorytaryzm stał się znakiem II Rzeczypospolitej. Zrodzony był z populistycznego warcholstwa, które nie uznawało demokratycznych reguł państwa prawa i doprowadziło do zamordowania Gabriela Narutowicza, pierwszego prezydenta niepodległej Rzeczypospolitej […]” – pisał 30 lipca 2007 r. Michnik. Jego fobie zniknęły trzy miesiące później po wygranych przez PO wyborach. Wizja kolejnych lat Jarosława Kaczyńskiego na urzędzie premiera zniknęła, ale pozostał przecież jeszcze prezydent RP Lech Kaczyński.

Pokłosie pogardy

Dlatego Michnik nie ustawał w wykpiwaniu i wyszydzaniu Lecha Kaczyńskiego. Wystarczy przejrzeć teksty, które ukazywały się na łamach gazety Adama Michnika przez pięć lat prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Kulminacja nastąpiła przed 10 kwietnia 2010 r.

„Zaczynające się teraz pięć kolejnych tygodni będzie triumfalnym marszem premiera Tuska po salonie światowej polityki. Z premierem Putinem w Katyniu, z prezydentem Obamą w Pradze, na nuklearnym szczycie w Waszyngtonie, wreszcie, na deser, w Akwizgranie, gdzie dostanie Europejską Nagrodę im. Karola Wielkiego, a laudację wygłosi kanclerz Merkel […]” – pisał w „GW” Tomasz Lis 8 kwietnia 2010 r., dwa dni przed katastrofą smoleńską.

„Będzie to jednak coś o wiele bardziej znaczącego niż wyłącznie personalny triumf Tuska. Będzie to triumf prawdziwej Realpolitik […] będzie to też świadectwo tego, jak w ostatnim czteroleciu skarlała w Polsce prezydentura, precyzyjniej, jak urzędujący prezydent swoimi działaniami i zaniechaniami ją umniejszył […]. Lech Kaczyński umniejszył prezydenturę najpierw w wymiarze symbolicznym („melduję wykonanie zadania”), a potem praktycznym (klinicznym przykładem była tu „przedweimarska dyspepsja”). […] Tusk z Putinem, Tusk z Obamą, Tusk z Merkel. W tym samym czasie Kaczyński hamletyzujący, czy pojechać do Moskwy na rocznicę zakończenia wojny, i drżący o to, jakiż też despekt mogą mu zafundować gospodarze. Tusk na szczycie nuklearnym w Waszyngtonie, Kaczyński trzy tygodnie później na spotkaniach z Polonią. Trudno o lepszą ilustrację politycznej mocy i niemocy” – kpił w „Wyborczej” Lis.

Nie był to oczywiście jedyny taki tekst. Były również apele, by prezydent Kaczyński nie jechał do Katynia na 70. rocznicę sowieckiej zbrodni na polskich żołnierzach. Gdy już było wiadomo, że pojedzie, „GW” sięgnęła po swoją ulubioną metodę, czyli listy od czytelników, którzy apelowali do prezydenta Kaczyńskiego, by nie jechał do Katynia (bo przecież jedzie tam premier Tusk). Jątrzący list Marii Nurowskiej w tej sprawie z 10 lutego 2010 r. jest najlepszym przykładem obrazującym metody, jakimi posługuje się gazeta Adama Michnika.

Wzruszenie Putinem

Lektura tekstów Adama Michnika z kwietnia 2010 r. zasługuje na ciągłe przypominanie, chociaż nie wszyscy zapewne chcą o nich pamiętać.

A warto przytaczać te słowa, jak chociażby komentarze naczelnego „GW”, który z lubością używał określenia „przyjaciele Moskale”, co akurat nie dziwi, bo przecież Michnik nigdy nie odcinał się od swoich komunistycznych korzeni i rodzinnych związków z Sowietami.

Po wizycie Tuska w Katyniu Michnik był wzruszony Putinem do tego stopnia, że „GW” przedrukowała na swoich łamach cały tekst jego wy-stąpienia. A  Adam Michnik pisał: „Stało się coś doniosłego. Spotkanie premierów Polski i Rosji w Katyniu to finał »kłamstwa katyńskiego«, które latami zatruwało relacje polsko-rosyjskie […]. Przyjaciołom Moskalom należy się wieczna polska wdzięczność […]. Nie ma uczciwego człowieka w Rosji i w Polsce, który by nie wysłuchał obu premierów ze wzruszeniem i z solidarnością” – zachwycał się Adam Michnik 8 kwietnia 2010 r. A obok na łamach jego gazety był wspomniany wyżej tekst Tomasza Lisa wykpiwający polskiego prezydenta.

Jeszcze dalej w zachwytach nad „przyjaciółmi Moskalami” Michnik poszedł po katastrofie smoleńskiej: „W sercach polskich i rosyjskich drgnęło. W sercach przywódców i zwykłych ludzi. Było to jak otwarcie gigantycznej tamy, spiętrzającej niewypowiedziane dotąd słowa i gesty. Nie tylko cały świat dowiedział się w ostatnich dniach o zbrodni katyńskiej, ale też w obliczu nowej tragedii politycy rosyjscy zdecydowali się na uczynki bez precedensu, które przejdą do historii […]. Dziś na krwi przelanej 70 lat temu w Katyniu i w sobotę pod Smoleńskiem rodzi się autentyczna polsko-rosyjska wspólnota losów. Dziękujemy wam – bracia Moskale – za współczucie, zrozumienie, spontaniczne akty solidarności i wszelką pomoc w związku z katastrofą” – pisał naczelny „GW” tuż po tragedii, w której zginął polski prezydent wraz z małżonką i towarzyszący im przedstawiciele polskiej elity. W jego tekście nie pochylał się nad polską tragedią narodową, lecz nad pojednaniem polsko-rosyjskim. A dziennikarze gazety Michnika w ramach tego pojednania nawoływali do zapalania zniczy na grobach żołnierzy Armii Czerwonej. Szaleństwo przekroczyło wszelkie granice – ofiary miały iść oddawać hołd swoim katom.

Donos na polski Kościół

Ostatnie wydarzenia pokazały, że Michnik nie zrezygnował ze swojej ulubionej listowej twórczości. Na Wielkanoc, najważniejsze święto chrześcijan, napisał donos na polski Kościół – był nim list otwarty do papieża Franciszka w sprawie księdza Wojciecha Lemańskiego. List, w którym roi się od kłamstw, manipulacji, w którym między wierszami Michnik (i piszący z nim list dziennikarz „GW”) oskarża polski Kościół o antysemityzm.

„Kolejnym problemem dla hierarchicznego Kościoła w Polsce okazało się zaangażowanie ks. Lemańskiego w dialog chrześcijańsko-żydowski. Ks. Lemański, członek Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, prowadził w swojej parafii żarliwą działalność informacyjną i formacyjną dotyczącą współistnienia chrześcijan i »braci starszych«. Jeździł z parafianami do miejsc pamięci o Holocauście na terenach polskich, ubolewając, że wyjątkowo rzadko spotyka tam biskupów i innych kapłanów”.

Michnik wyciąga upiory z szafy i po raz kolejny pokazuje Polskę w krzywym zwierciadle. Jego kuriozalny list przedrukowała lewicująca „La Repubblica”.

Czy Michnik rzeczywiście jest zatroskany o Polskę i Kościół? A może raczej przed wyborami (prezydenckimi i parlamentarnymi) trzeba burzyć bastiony, które są według niego zagrożeniem? Bo że Michnik czuje się niepewnie, widać od wielu lat. Po aferze Rywina, po której potęga gazety Michnika okazała się kolosem na glinianych nogach, nikt nie może mieć co do tego wątpliwośc