Niedawno byłam na Ukrainie. Pojechałam tam, by poznać losy 19-latka, który jeszcze kilka miesięcy temu jako ochotnik walczył w batalionie Ajdar w okolicach Doniecka, m.in. na tamtejszym lotnisku. Nie miał szczęścia. Rosjanie trafili pociskiem czołgowym jego gazik – zginęli wszyscy nim jadący poza moim rozmówcą. Chłopak cudem uszedł z życiem. Ranny, ogłuszony, kompletnie bezbronny stał się zabawką w rękach dziczy, którą Putin wysłał na Ukrainę. Moskiewscy „pogromcy faszyzmu” nie mogli przepuścić takiej okazji i odrąbali nieszczęśnikowi rękę. Później z lubością tarmosili zwłoki jego kolegów, ustawiali je do zdjęć, wypychali kieszenie poszarpanych ubrań nieboszczyków banknotami dolarów, bo przecież „faszyści” są na usługach Ameryki.

Przyznam, iż nie potrafię pojąć, skąd biorą się w Polsce fani działań Putina na Ukrainie. Mam na myśli tych, którzy do tej pory znani byli jako ludzie oddani Polsce, zainteresowani odkłamywaniem naszej najnowszej historii, zatroskani o przywrócenie pamięci o Żołnierzach Wyklętych (sprawę płatnych fanów Kremla odkładam na bok). Przecież działanie Rosjan na Ukrainie musi każdemu, kto zna historię, przypominać metody stosowane przez komunistów wobec polskiego podziemia po 1944 r. Oni wtedy też – przypominam – walczyli z faszystami! Tyle że polskimi. Bezczeszczenie zwłok, wykorzystywanie zmarłych do propagandowych ustawek, wystawianie ich na widok publiczny musi przecież przywoływać znane z naszej historii wydarzenia.

Dziwię się również pewności tych, którzy z satysfakcją obserwują, jak wysłannicy Putina grasują na Ukrainie, że zbrodnie będą dokonywane tylko na terenie tego kraju. Że rządzący na Kremlu ludobójca nie wpadnie na pomysł rozpuszczenia swoich zbirów dalej na Zachód. Jaką wiarygodność mają ludzie, którzy rannemu nastolatkowi odrąbują kończynę? Nie miejmy złudzeń – są w stanie okaleczyć każdego. I Ukraińca, i Polaka czy Litwina. Dramatyczne losy 19-letniego ukraińskiego ochotnika, który przeżył tortury zadane przez żołnierzy Putina, już wkrótce na łamach „Gazety Polskiej”.

Zachęcam także do lektury najnowszego numeru miesięcznika „Nowe Państwo” poświęconego niemal w całości przeszłości i niejasnym powiązaniom Bronisława Komorowskiego.