Dwa miesiące po tragedii w Smoleńsku dziennikarka lokalnej telewizji zapytała mnie: „Jak długo będzie pan organizował te miesięcznice?”. Powiedziałem, że dotąd, aż sprawa zostanie wyjaśniona, a zabici uczczeni. Zareagowała na to ze sceptycyzmem, bo przecież „wyjaśnianie takiej katastrofy może potrwać pół roku albo rok”. Minęło pięć lat. W tym czasie kluby „Gazety Polskiej” zorganizowały dziesiątki tysięcy demonstracji i marszów, zamówiły tysiące mszy św. w intencji ofiar. W zeszłym roku udało się sprawę umiędzynarodowić. Dołączyli do nas Ukraińcy, Bałtowie, a nawet Gruzini, którzy organizowali wspólne protesty w Ameryce i Europie przeciwko rosyjskiej agresji i w sprawie Smoleńska. Wyprodukowaliśmy wiele filmów o tragedii z 10 kwietnia 2010 r., które stworzyły drugi obieg informacji. Obejrzały je miliony ludzi. Powoływaliśmy nowe media, których celem była edukacja Polaków w tej sprawie. Oczywiście przyszło nam zapłacić za to ogromną cenę. Ale atmosfera wokół tragedii sprzed pięciu lat się zmieniła. Dzisiaj wiele innych mediów podejmuje ten temat, widząc w nim szanse na sukces. Mają do tego prawo. Nasza praca nie została zakończona, ale ten długi marsz zmienił nas i zmienia Polskę.