Mija 75 lat od mordu katyńskiego. W 1990 r. Rosjanie przyznali się do zbrodni, ale przez kolejne ćwierć wieku III RP nie potrafiła, a raczej nie chciała wymusić na spadkobiercach NKWD pełnej prawdy o Katyniu.

Kilka dni temu media poinformowały, że Instytut Pamięci Narodowej zaapelował do Federacji Rosyjskiej o informacje w sprawie porwanych w 1945 r. przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, którzy byli sądzeni później w słynnym procesie szesnastu. Apel dotyczył przede wszystkim tych, którzy najprawdopodobniej zostali zamordowani w sowieckich katowniach. Byli to delegat rządu na kraj Jan Stanisław Jankowski, ostatni dowódca Armii Krajowej gen. Leopold Okulicki ps. Niedźwiadek oraz członek krajowej Rady Ministrów, polityk Narodowej Demokracji Stanisław Jasiukowicz.
 
Bezsilność

Apel IPN-u miał dosyć osobliwy charakter. Otóż w gazecie „Komsomolskaja Prawda” ukazało się płatne ogłoszenie na prawach reklamy, zaapelowano w nim do osób, które mogłyby przekazać informacje na temat losów przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. W komentarzach, które pojawiły się po tym wydarzeniu, przeważały opinie, że to bardzo dobry pomysł. I jeśli nawet nic z tego nie wyjdzie, to przynajmniej Rosjanie czytający wydawaną w 550 tys. egzemplarzy gazetę dowiedzą się czegoś nowego na ten temat.

Szczerze powiem, że jest to podobny rodzaj naiwności, ujmując rzecz nad wyraz delikatnie, jak ten, który towarzyszył pięć lat temu emisji w rosyjskiej telewizji filmu Andrzeja Wajdy pt. „Katyń”. Przypomnijmy tamtą narrację: oto w końcu Rosjanie dowiedzą się prawdy o ludobójstwie katyńskim, a my, paląc znicze na grobach czerwonoarmistów w dniu zakończenia II wojny światowej, doprowadzimy do historycznego pojednania obydwu narodów. Dla mnie cała ta historia z płatnym ogłoszeniem to niestety smutny dowód na bezsilność polskiego państwa w dochodzeniu do prawdy o naszych bohaterach. Przypomnę, że przez sześć lat pion śledczy IPN-u prowadził dochodzenie w tej sprawie. Zostało ono umorzone w 2009 r., bo rosyjska prokuratura odmówiła jakiejkolwiek pomocy w tej sprawie.

Ignorancja III RP

Wspominam o tej kwestii, bo jak w soczewce widać w niej, jak III RP imituje walkę o prawdę historyczną, przy czym IPN ma tu najmniej na sumieniu. Przez lata słyszeliśmy od naszych pseudoelit, że musimy ułożyć przyjacielskie relacje z naszym wschodnim sąsiadem, a żeby to zrobić, nie możemy Rosji drażnić ciągłymi pytaniami o przeszłość. Bo przecież oni już się przyznali do wymordowania ponad 21 tys. polskich oficerów i nie ma co drążyć tematu!

To nie przypadek, że premier Tadeusz Mazowiecki opluwał w PRL-u Żołnierzy Wyklętych – ale o tym sza! Prezydent Aleksander Kwaśniewski zataczał się pijany nad grobami pomordowanych polskich oficerów w Charkowie – jednak przeszłość odkreślmy grubą kreską i wybierzmy przyszłość!

Rządząca od ośmiu lat koalicja kontynuuje ten sposób uprawiania polityki. Słowa wypowiedziane 3 kwietnia tego roku, w 75. rocznicę rozpoczęcia mordowania polskich oficerów w Katyniu, przed Grobem Nieznanego Żołnierza przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, że „straszna ofiara nie poszła w zapomnienie”, to po prostu ignorancja głowy państwa. Bronisław Komorowski nie rozumie (mimo historycznego wykształcenia!), że obowiązkiem państwa jest zawsze i w każdych okolicznościach wyjaśnienie, jak, kiedy, gdzie i dlaczego zginęli jego obywatele. Tak po prostu działa normalne państwo. Nie wolno od tego odstąpić, przejść nad tym do porządku dziennego.

Nazwiska, miejsca kaźni, sprawcy

Rodziny pomordowanych oficerów z Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa mają prawo wiedzieć, jak i dlaczego zginęli ich bliscy. Ci ludzie przez dziesięciolecia byli napiętnowani przez komuszy system tylko dlatego, że ich ojcowie i dziadkowie zostali zamordowani na rozkaz Stalina i jego pomagierów. Przypomnijmy, że kłamstwo katyńskie było jednym z filarów, na których instalowano w Polsce komunizm. Jeżeli już oficjalnie pojawiało się słowo „Katyń”, to wyłącznie w kontekście zbrodni, którą mieli popełnić Niemcy.

Kiedy więc w 1990 r. Michaił Gorbaczow przyznał, że zbrodni tej dokonało NKWD, można było mieć nadzieję, iż droga do poznania całej prawdy stanęła przed nami otworem. Tak się nie stało – nadal nie wiemy, jak wyglądało zamordowanie 4410 polskich oficerów w Katyniu. Czy wszystkich mordowano nad dołami śmierci w Lesie Katyńskim? Czy odczytywano im wyroki? Czy byli przewożeni bezpośrednio na miejsce egzekucji, czy też może przebywali wcześniej w siedzibie NKWD?

Nie wiemy, gdzie i jak zabito 7305 więźniów na mocy słynnego rozkazu z 5 marca 1940 r. Wiemy, że egzekucje na sowieckiej Ukrainie w Kijowie, Charkowie i Chersoniu objęły co najmniej 3435 oficerów, ale pytanie, gdzie i jak ich zabito, pozostaje otwarte. Z dużą dozą pewności można powiedzieć, że ich szczątki zostały pogrzebane w lesie koło Bykowni pod Kijowem, co potwierdzają znalezione tam przedmioty.

Niemalże nic nie wiemy o 3870 Polakach zamordowanych najprawdopodobniej w Mińsku i pogrzebanych w Kuropatach w pobliżu stolicy dzisiejszej Białorusi. Nadal nie znamy ich nazwisk. Tak zwana lista białoruska pozostaje nieznana i poszła w zapomnienie. Pięć lat temu, kiedy po katastrofie smoleńskiej w atmosferze rzekomego porozumienia ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew przekazywał 60 tomów znanych historykom akt, w oparach zachwytu nad przełomem w sprawie Katynia i nowym otwarciem słyszeliśmy, że już za chwilę poznamy listę białoruską, a strona rosyjska jest otwarta na pełne ujawnienie prawdy o zbrodni katyńskiej.
 
Minęło pięć lat, a dotarcie do prawdy o mordzie katyńskim nie posunęło się nawet o milimetr.
 
***
 
Wszelkie podobieństwo do sytuacji, w której polskie władze nie są w stanie doprowadzić do odzyskania wraku tupolewa Tu-154M, który rozbił się pięć lat temu pod Smoleńskiem, i do odzyskania oryginalnych czarnych skrzynek z tego samolotu oraz pełnego wyjaśnienia tego, co stało się 10 kwietnia 2010 r., jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone.