Dla większości Polaków identyfikujących się z obozem niepodległościowym podobieństwa między III RP a PRL‑em wydają się czymś oczywistym. Tego rodzaju analogie co chwilę przewijają się w prawicowej publicystyce. I słusznie, bo choć zmieniło się bardzo wiele, w wielu sferach życia publicznego nie zmieniło się nic. Przykład? Rola służb specjalnych w kontroli życia społecznego.

Istnieją mocne przesłanki na to, że postkomunistyczny i postokrągłostołowy obóz władzy walczy z opozycją tymi samymi metodami co w PRL‑u i w pierwszych latach III RP. Według starych, sprawdzonych esbeckich metod – grożą nam gry operacyjne, których celem jest rozbijanie środowiska prawicowego, wprowadzanie fałszywych proroków, zniechęcanie do jakiegokolwiek działania przez wkładanie kija w szprychy od wewnątrz, wreszcie ośmieszanie prawicy poprzez jej rzekomych przedstawicieli – najczęściej sznytu „oszołomskiego” – najlepiej z Jezusem i Maryją na ustach. Warto pamiętać o słynnej „szafie Lesiaka” i instrukcji UOP nr 0015/92, która organizowała pracę służb specjalnych w ramach inwigilacji prawicy skonfliktowanej z ówczesnym prezydentem Lechem Wałęsą.
 
Można także podać przykłady wielu gier operacyjnych, co do których nawet jeśli nie mamy dowodów na ich tło stricte agenturalne, bez wątpienia można powiedzieć, że miały charakter celowej prowokacji. Wspomnijmy tu choćby rolę „Andrzejka” spod krzyża – modelowego „oszołoma”, który okazał się później człowiekiem ze środowiska Janusza Palikota. Żyjemy w rzeczywistości, w której powinniśmy nader wstrzemięźliwie dystrybuować nasze zaufanie, nie popadając równocześnie w paranoję.
 
Śpij spokojnie, Braun czuwa
 
Z przerażeniem przeczytałem o powołaniu do życia Ruchu Kontroli Wyborów. Z całym szacunkiem dla niektórych uczestników tego przedsięwzięcia, i z całą sympatią dla części z tych osób, jestem zmuszony stwierdzić, że wraz z tą inicjatywą wystrzeliły korki od szampanów na Rakowieckiej, Krakowskim Przedmieściu i w Alejach Ujazdowskich. Doprawdy, powołanie tuż przed wyborami ruchu kontrolującego wybory, którego formuła jest otwarta, to jawne zaproszenie do agenturalnych harców. Ich celem może być zarówno ośmieszenie tezy o fałszerstwach wyborczych, jak również storpedowanie samego procesu kontroli liczenia głosów.
 
Jeśli swój akces do RKW złożyło już na wstępie 76 organizacji – to jakakolwiek kontrola nad realizacją formalnie postawionych celów ruchu jest iluzją.
 
Jaką rękojmię mądrości politycznej w zakresie doboru kadr „policjantów wyborczych” daje np. pan Paweł Kukiz – ten (we własnym mniemaniu) Napoleon in spe? Człowiek, który w chwili wyjątkowej historycznej próby sił między obozem III RP a obozem Wolnej Polski wybiera drogę własnej ambicji, bredząc nieustannie o jednomandatowych okręgach wyborczych jako metodzie walki z rusko-niemiecką mafią polityczną.
 
Czy czytelnicy niniejszego tekstu będą śpią spokojniej, wiedząc, że uczciwości wyborów będzie pilnował pan Grzegorz Braun, weteran kompromitowania prawicy poprzez rozmaite „emocjonalne” wypowiedzi, dające mainstreamowi pożywkę na całe tygodnie?
 
Iluzją jest także przekonanie, że ze względu na groźbę powstania ruchu kontrolującego wybory wrażliwego na rozgrywki agenturalne, warto wykonać posunięcie wyprzedzające i powołać własny ruch, który wchłonie element niepewny i zneutralizuje go. Ale jak to zrobić w wypadku otwartego ruchu o niesformalizowanej strukturze?
 
Jak wreszcie zabezpieczyć się przed prowokacjami, których owoce w oczywisty sposób pójdą na konto nie tylko sprawców, ale i innych członków RKW, a także na konto wiadomej partii politycznej? Tak, wiem – wykorzysta to mainstream, który ma przecież media oparte na kłamstwie, powie mi ten i ów polski patriota, więc to nie ma znaczenia, bo przecież prawda obroni się sama…
 
Na kłopoty Kaczyński
 
Uważam tezę o fałszerstwach wyborczych za prawdziwą. Uważam zagrożenie kolejnymi fałszerstwami za niemal pewne. Uważam, że jedyną siłą zdolną przeprowadzić realną kontrolę wyborów jest Prawo i Sprawiedliwość.
 
Oczywiście nie jest tak, że z zasady to wyzwanie przekracza możliwości ruchów społecznych. Teoretycznie należałoby się cieszyć, że polskie społeczeństwo oddolnie krzesa z siebie energię do walki o normalność i realizację prawa w Rzeczypospolitej. Praktyka jednak pokazuje, że zadanie stworzenia całkowicie niezależnego ruchu wolnego od osób z bogatą kartoteką kompromitowania prawicy – specjalistów od żydowskich spisków etc. – przerosło organizatorów.
 
Szkoda, że część z nich nie włączyła się w nadzór nad wyborami właśnie po stronie Prawa i Sprawiedliwości. Struktury partyjne dawałyby tu daleko większe możliwości weryfikacji wiarygodności tysięcy – czy jakby chcieli niektórzy działacze RKW – dziesiątków tysięcy kandydatów na mężów zaufania. Rozumiem, że mogą pojawiać się głosy sceptyczne, dotyczące jakości współpracy z PiS‑em, krytykujące brak dynamiki tej partii itp. Nie rozumiem jednak takiej postawy w kontekście równoczesnej gotowości do działania w jednej drużynie z zespołem szturmującym PKW…
 
Nie niepokoi mnie cisza ws. możliwości fałszerstw, która wybrzmiewa z siedziby PiS‑u przy ul. Nowogrodzkiej. Gadanie o fałszerstwach wyborczych nie ma żadnego wpływu na ostateczny efekt działania monitoringu liczenia głosów. Stanowi za to znakomitą pożywkę dla mainstreamu, który w modelowy sposób zrobi z prawicy wariatów, pokazując związki bogoojczyźnianego RKW z kandydatem na prezydenta Andrzejem Dudą. Dziś, kiedy maj i wybory prezydenckie blisko, nie należy o pewnych sprawach mówić, ale to nie znaczy, że należy o nich zapominać i nic nie robić. Przygotowania do monitoringu powinny się odbywać w zaciszu gabinetów – to w żaden sposób nie wpłynie negatywnie na efekt czuwania mężów zaufania.
 
Kluczowe zresztą jest co innego – mianowicie, co można zrobić, kiedy znów się okaże, że wybory zostały sfałszowane? Wszak mimo ułomności kontroli ostatnich wyborów jest jasne, że zostały one sfałszowane, a instytucje państwa polskiego „przyklepały” ten stan. I co? I nic.
 
Ciekawe czasy
 
Jedyną racjonalną strategią w takich realiach jest konsekwentne poszerzanie elektoratu i próba umiędzynarodowienia przez największą partię opozycyjną skandalu fałszerstw wyborczych. Historia już pokazała, że bunt społeczny dokonywany rękami dotychczasowego elektoratu prawicy jest niedostateczny. Jednocześnie to oczywiste, że im więcej głosów trzeba sfałszować, tym większe stanowi to wyzwanie dla fałszerzy. Poszerzając elektorat, budujemy coraz większą (za przeproszeniem) platformę oburzonych (ewentualnymi) fałszerstwami, a równocześnie owe fałszerstwa utrudniamy. Zdaję sobie sprawę, że są osoby, które uważają, że to za mało. Że lepiej jest znów zająć PKW, w cudowny sposób pozbawione ochrony policyjnej mimo zapowiadanej dzień wcześniej manifestacji narodowców. Najlepiej idąc z krzyżem i transparentami o modlitwie za każdą polską duszę. Osoby te nic nie rozumieją w sprawie zagrożeń związanych z grami operacyjnymi agentury, jak również niczego nie pojmują z zagadnień budowania wizerunku nowoczesnej, atrakcyjnej konserwatywnej prawicy.
 
Ale cóż, teraz to tylko takie gadanie. Mleko już się rozlało. Dobrze, że inicjatywa kontroli wyborów rozpoczęła się na Jasnej Górze. By wynikło z niej cokolwiek dobrego, pomoc siły wyższej bez wątpienia będzie konieczna... Oto do gry wkroczyło bowiem nie-wiadomo-co, w praktyce zarządzane przez wszystkich-i-nikogo. Energia, która mogłaby być ukierunkowana w promocję Andrzeja Dudy, idzie na pompowanie wizerunku takich polityków (tudzież kandydatów na polityków), jak Grzegorz Braun, Paweł Kukiz czy Marian Kowalski.
 
Na razie inicjatywę dostrzegli już towarzysze z kolejnej emanacji Nowego Ekranu, jak również „koledzy” z „Wyborczej”. Na pewno nie będzie nudno.