Chyba bardzo trudno będzie Bronisławowi Komorowskiemu nadal uzasadniać, że najlepszą formą debaty prezydenckiej jest taka, w której on sam zaprzyjaźnionym dziennikarzom opowiada o swoich dokonaniach i wielkości. Prezydent obleciał wprawdzie w ostatnich dniach prawie wszystkich „zaprzyjaźnionych”, którzy prowadzą programy w rządowych i sprzyjających telewizjach – był u Moniki Olejnik, Janiny Paradowskiej, Piotra Kraśki, Jarosława Gugały, Katarzyny Kolendy-Zaleskiej i nawet u Jolanty Pieńkowskiej w niszowym kanale grupy TVN. Pewnie w kolejce czekają Tomasz Lis i Konrad Piasecki. Najwyraźniej uznał, że to najlepsza forma kampanii – zamiast spotykać się z ludźmi jak Andrzej Duda, woli włączyć kanały dystrybucji propagandy. Bo i po co się męczyć? Niewykluczone, że ma rację, tyle że mimo chęci pracowników mediów, których odwiedza, wypada tam tak jak na partyjnej konwencji – nuda i frazesy. Nie inaczej jest w jego klipie wyborczym z prezydentami miast – trudno nie uciec od wrażenia, że oglądamy osowiałych żałobników – tak ponury jest klimat zdjęć. Nie wiem, co się tam pod żyrandolem dzieje, że prezydent ma tak nieudolną kampanię. Cóż, jaka prezydentura, taka kampania.