Gender, inaczej niż na Zachodzie, nie jest w Polsce poważnym problemem. Więcej – awantura o gender służy tym, którzy są odpowiedzialni za fatalny stan naszego państwa. Nie pozwólmy, by fobie zasłoniły nam realną rzeczywistość Polski, w której problemem są bieda, korupcja i zdegenerowana władza, a nie (jak na razie) lobby homoseksualne i feministki.

Gender stało się ostatnio ważnym elementem polskiej debaty publicznej. Z jednej strony listy episkopatu Polski, z drugiej „dowcipne” feministki, dla kawału chcące sobie robić aborcję w Wigilię. Problem w tym, że w Polsce gender właściwie nie istnieje.

Europejski standard

To, że w Polsce gender jeszcze nie istnieje, nie znaczy, że zjawisko to nie występuje w Europie Zachodniej. Faktycznie, na Zachodzie wciąż powstają kolejne instytuty, kampanie czy uniwersytety, których zadanie można sprowadzić do walki z religią w sferze publicznej i prywatnej, z tradycyjnym modelem rodziny. Mają też one służyć szerzeniu tego, co w Polsce nazywa się „gender”, czyli lewicowej ideologii, w której właściwie każdy atrybut człowieka (nawet płeć) ma być efektem jego wyboru i być do ewentualnej zmiany. Przeznaczane są na to niewyobrażalne pieniądze, stoi za tym potężne lobby polityczne. Cel jest oczywiście prosty. Zdobyć jak największą kontrolę nad obywatelem, poprzez wciskanie państwa i biurokracji w każdy element jego życia, pozbawiając go pierwotniejszych względem nowoczesnych instytucji państwowych form istnienia we wspólnocie, takich jak rodzina czy wspólnota religijna. Warto też zwrócić uwagę na ekonomiczne podłoże rozszerzania się tej ideologii. Dzięki niemu biurokracja państwa może wciąż się rozrastać, tworząc coraz durniejsze instytucje czy kampanie. Wielkie korporacje zaś, lansując areligijny, hedonistyczny, konsumpcyjny model życia – osiągają coraz większe zyski. Zresztą w człowieku, którego tożsamość ma podlegać ciągłej zmianie, o wiele łatwiej generować kolejne pożądania, napędzające sprzedaż. Opisana jednak wyżej sytuacja Zachodu nie jest casusem polskim (choć należy pamiętać, że prawo stanowione w Unii może z czasem okazać się dla Polski obowiązujące).

Pudrowanie postkomuny

Oczywiście od czasu do czasu pojawiają się różnego typu projekty, które mają związek z obecną na Zachodzie lewacką indoktrynacją dzieci. Mają one często wsparcie ze strony władzy. W tym aspekcie są one oczywiście groźne. Nie tak dawno mieliśmy do czynienia np. z zupełnie kuriozalną inicjatywą tzw. równościowych przedszkoli. Ale nadal nie można mówić o sytuacji analogicznej z krajami Zachodu. Tam tzw. gender stał się trwałym elementem biurokracji, państwa, polityki. U nas gender może przyjąć taką formę, ale dziś jest jeszcze marginalnym elementem polskiej polityki. Służy też zupełnie czemu innemu. Jest maską, która ma ukrywać realną twarz polskich salonów, oligarchicznej władzy oraz naszych elit politycznych i biznesowych. Batalie o zdjęcie krzyża w Sejmie czy o wibratory w przedszkolach tworzą zasłony dymne, które pomagają utwierdzić interesy szeroko pojętych postkomunistycznych sitw i ukryć ich prawdziwą postać. Dlatego powinniśmy bardzo uważać, żeby debaty o stanie polskiego państwa, o tym, kto ma w nim dominującą rolę, nie zastąpić rozważaniami o gender. To naprawdę nie feministki i nie Biedroń są w Polsce problemem. Problemem są ci, którzy za nimi się ukrywają. Cieszą się oni z każdej hucpy, która oderwie namysł obywateli nad stanem państwa, sprowadzając go do analizy różowych wibratorów.

By zrozumieć rolę gender w Polsce, warto cofnąć się do powstania partii Palikota. Polityk ten wylansował się na Biedroniu, Grodzkiej, gender, pluciu na krzyż i ordynarnych happeningach z wibratorami. Popierany był przez najważniejsze postacie polskiej lewicy i feminizmu – przez „Krytykę Polityczną”, m.in. Agatę Bielik-Robson i Cezarego Michalskiego, przez Magdalenę Środę i wielu innych. Ale czy realnie chodziło o jakiekolwiek kwestie obyczajowe i genderowe? Oczywiście, że nie. Wystarczyło się przejść na imprezę środowiska tego posła. Kogo tam się spotykało? Ludzi pokroju Urbana i reszty dawnych elit postkomunistycznych. Podejrzanych biznesmenów. Ludzi związanych z agenturą. A także ważnych polityków PO. Awantura o gender miała tylko ukryć fakt, że Palikot reprezentuje interesy właśnie tej grupy oraz zapewnić tej grupie na tyle atrakcyjne przebranie, by można było nabrać część co głupszych Polaków, że oto w Polsce pojawiła się „postępowa” i „europejska” partia. A także umożliwić spotkanie się postkomuny z Platformą.

Taktyka PO

Palikot oczywiście został stworzony przez Tuska i jego świtę. I dziś to Platforma bezbłędnie kontynuuje jego taktykę. Wystarczy sobie przypomnieć prowokowane przez obecny układ rządzący awantury obyczajowe – o związki partnerskie, o zapłodnienie in vitro, o stopień państwowej ingerencji w rodzinę, czy wreszcie o ataki na Kościół. Zawsze spełniały one funkcję tematów zastępczych. Z jednej strony ogniskowały uwagę przeciwników PO, z drugiej strony były środkiem, za pomocą którego Platforma potrafiła na chwilę odzyskać u swojego coraz bardziej zniechęconego elektoratu wizerunek postępowej partii, która jest w stanie przeciwstawić się pisowskiemu ciemnogrodowi. Tyle że nie jest to żadna spójna, skuteczna i długofalowa polityka, w którą realnie zaangażowana jest ta partia. Obóz władzy sięga po gender głównie wtedy, gdy chce coś ukryć bądź wyładować negatywne emocje swojego elektoratu. Prawdziwa polityka obozu władzy rozgrywa się za kurtyną gender. Tam gdzie spotykają się interesy członków PO z postkomuną, tam gdzie partia ta układa się z odpowiednio silnym lobby, żeby w zamian za jego poparcie, pozwalać mu bezkarnie pasożytować na państwie.

Jak za starych czasów…

W pewnym aspekcie widać jednak wyraźne podobieństwa między lewicową obyczajową ofensywą na Zachodzie a polskim obozem władzy. Chodzi im o to samo. O władzę. A środki, dzięki którym można osiągnąć ten cel, nie zmieniają się od tysięcy lat. Jak pisał Platon w swoim dialogu „Państwo”, człowiekiem, który nie wie, czego chce, który nie wie, kim jest – najłatwiej jest rządzić. Jak ironicznie konstatował starożytny filozof: „Taki człowiek sobie żyje z dnia na dzień, folgując w ten sposób każdemu pożądaniu, jakie się nadarzy. Raz się upija i upaja się muzyką fletów, to znowu pije tylko wodę i odchudza się, to znów zapala się do gimnastyki, a bywa, że w ogóle nic nie robi i o nic nie dba, a potem niby to zajmuje się filozofią”. W dzisiejszej wersji dodatkowo jeszcze zmienia preferencje seksualne, a kto wie, może i płeć kulturową? Na Zachodzie wehikułem do zniewolenia człowieka stała się faktycznie lewicowa polityka obyczajowa. Ale nie w Polsce. W Polsce gender przysłania problem, ale nim nie jest. Gender w Polsce właściwie nie istnieje. Istnieje za to niemiecka i ruska agentura, skrajnie skorumpowana i klientelistyczna władza, pozwalająca odpowiednio silnym grupom dowolnie okradać ten kraj. Istnieje bieda, wyzysk słabszego i wykorzystywanie człowieka. Fatalne prawo podatkowe i dyspozycyjni politycy, pozwalający wielkim korporacjom okradać nasz kraj. I to są mechanizmy polskiej władzy, zmierzające do upodlenia obywatela i kontroli nad nim. Nie feminizm, homofilia czy homopropaganda. Dlatego nie pozwólmy, by awantura o gender i, w pewnej mierze uzasadnione, prawicowe fobie przysłoniły nam prawdziwą rzeczywistość Polski.