„Chciałbym, aby prawica odpowiadała na lewicowe spektakle swoimi spektaklami. Problem w tym, że prawicowego teatru na razie nie widać” – mówi Jan Klata w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Racja: nie widać. Ciekawe, dlaczego?

Dyrektor Starego Teatru sugeruje, że dzieje się tak za sprawą deficytu talentów na prawicy. „Sztuka prezentująca konserwatywny punkt widzenia to w najlepszym wypadku rodzaj naiwności” – twierdzi Klata i jako dowód przywołuje wystawę „Nowa sztuka narodowa” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

W środowiskach prawicowych z kolei przeważa opinia, że przyczyną tej atrofii jest agresywna promocja lewackich treści prowadzona w mediach i wspierana z pieniędzy publicznych, rozdzielanych niesprawiedliwie, w sposób, który marginalizuje artystów politycznie niepoprawnych.

W obu tych wyjaśnieniach jest nieco prawdy, ale rzeczywiste powody owej nierównowagi – widocznej przecież nie tylko w Polsce, ale w całej kulturze Zachodu – tkwią, jak się zdaje, o wiele głębiej.

Wynalazek lewicy

Przekonanie, że skoro istnieje teatr lewicowy, powinien istnieć także i prawicowy, jest rezultatem myślowego automatyzmu, który każe porządkować życie teatralne wedle schematu obowiązującego w parlamencie czy może szerzej – w debacie publicznej. Wszelako w królestwie Melpomeny ten schemat zawodzi. Czym jest „teatr lewicowy” z grubsza wiadomo – to polityczne spektakle kreowane z zamiarem upowszechnienia lewicowej ideologii. Nietrudno wskazać konkretne realizacje we współczesnym repertuarze, a także w historii teatru: dorobek Meyerholda, Wachtangowa i Tairowa w bolszewickiej Rosji, Piscatora i Brechta w Niemczech, Living Theatre w USA, w Polsce Zeittheater Leona Schillera czy socrealistyczne spektakle Dejmka. Pojęcie „teatr prawicowy” jest właściwie nieobecne w krytyce i w historiografii i też nie bardzo wiadomo, co właściwie należałoby mu przyporządkować.

Nie przypadkiem

Takiego teatru nie tylko „na razie nie widać” – on po prostu nigdy nie istniał. Byłby wariantem teatru politycznego, ten zaś stanowił oryginalny wynalazek dwudziestowiecznej lewicy. Powstał na początku ubiegłego stulecia jako narzędzie propagandy komunistycznej. Jest płodem stricte lewicowego myślenia, w obrębie którego sztuka pełni funkcję instrumentu perswazji, przydatnego w manipulowaniu zbiorowością dla osiągnięcia celów politycznych. Musi zatem nieść polityczne treści, im dobitniej, tym lepiej. W tej perspektywie kultura postrzegana jest jako obszar bezpośredniej agitacji i inżynierii społecznej służącej przeobrażeniu zastanej rzeczywistości, co stanowi naczelną misję rewolucjonistów.

Teatr niemożliwy

Ponieważ konserwatyści nie zamierzają demolować świata dziedziczonego po przodkach, nie konstruują też narzędzi, które mają do tego ryzykownego przedsięwzięcia przekonać i zmobilizować inercyjne społeczeństwo. Dlatego nie istnieje „teatr prawicowy” rozumiany jako prosty odpowiednik „teatru lewicowego”, to jest jako scena, która uczestniczy w bieżącej walce politycznej po stronie prawicy.

Środowiska konserwatywne kulturę postrzegają z gruntu odmiennie niż misjonarze „nowego wspaniałego świata”. Widzą w niej skarbnicę doświadczeń poprzednich pokoleń, cenne dziedzictwo, które należy wykorzystywać do rozwiązywania aktualnych problemów, bo uzupełnia ono naszą ograniczoną i niedoskonałą wiedzę o ludzkiej kondycji. Kultura nie jest więc obszarem niszczenia tradycyjnych wzorów i propagowania nowych, ale terenem konfrontowania dzisiejszych obserwacji z ustaleniami poczynionymi w przeszłości. W konsekwencji teatr nie jest instrumentem propagandowym, ale przestrzenią, w której toczy się spór równoprawnych racji, gdzie pielęgnuje się i przekazuje pamięć pod postacią klasyki, aktualizuje tradycję w nowych inscenizacjach i dokłada kolejne ogniwo kulturowego łańcucha, wystawiając współczesną dramaturgię, która wyrasta z duchowej spuścizny minionych stuleci.

Jeśli taki teatr nazwać „prawicowym”, to trzeba dodać, że dla jego istnienia niezbędny jest odpowiedni klimat duchowy. Twórcy i widzowie muszą znać i cenić swoją wspólną tradycję – nie można się z nią konfrontować, nie wiedząc co jest jej treścią albo pogardliwie tę treść lekceważąc. Tymczasem skutkiem agresywnej lewicowej kampanii, prowadzonej ze sceny, z ekranu, w mediach i pop-kulturze, pamięć kulturowa ulega „dekonstrukcji”, dewastacji, a wreszcie – anihilacji. Na powstałym w rezultacie gruzowisku teatr dialogu z przeszłością jest niemożliwy – toteż „apel” Jana Klaty „do drugiej strony: nie palcie teatrów, róbcie swoje” jest wyrazem hipokryzji. Pragnieniem, by kwiaty rozkwitły w ogrodzie, którego glebę celowo i konsekwentnie się wyjaławia. Marzenie dyrektora Starego Teatru „niech reżyser przyjdzie i zaproponuje radykalnie odmienną, konserwatywną wizję »Nie-Boskiej komedii« wyrastającą z myśli Feliksa Konecznego” musi pozostać niespełnione w świecie, w którym reżyserzy nie wiedzą, kim był Feliks Koneczny, a widzowie – o czym opowiada „Nie-Boska komedia”. Zwłaszcza że niewiedzę tych ostatnich Klata sam ugruntowuje, powierzając inscenizację dramatu Krasińskiego chorwackiemu reżyserowi, który całkowicie ignoruje tekst autorski.

Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy

To dlatego właśnie lewica zyskuje przewagę w życiu artystycznym Zachodu. Jej poczynania likwidują kontekst kulturowy, który jest niezbywalnym składnikiem dzieł wynikających z wrażliwości konserwatywnej. Bez tego kontekstu po prostu nie da się ich stworzyć. Potrzebny jest im tlen wspólnej tradycji, gdy go brakuje, niezdolne są choćby wykiełkować. Toteż prawicowe wysiłki na polu kultury są „walką o oddech”. O przestrzeń, w której tradycja ma prawo do egzystencji. O glebę, na której kiedyś coś może wyrosnąć. Żeby to było możliwe, trzeba przede wszystkim powstrzymać proces jej stepowienia. To jest powód, dla którego prawica koncentruje siły na walce przeciwko lewicowym toksynom, nie podejmując starań o własne uprawy. Na ziemi jałowej i tak z góry skazane są na obumarcie.
 „Mamy w Polsce do czynienia z wojną kulturową?” – pyta Klatę w „Gazecie Wyborczej” Roman Pawłowski. Dyrektor Starego Teatru odpowiada: „Myślę, że tak, z tym że tylko my toczymy tę wojnę na polu sztuki. Druga strona jedynie deprecjonuje naszą twórczość, próbuje zamykać nam usta”.

Bo lewicowy wrzask paraliżuje jej zdolność artykulacji. Trzeba go wyciszyć, żeby w ogóle przemówić.