Jeśli potwierdzą się docierające do dziennikarzy i polityków przecieki z prokuratury, w roku 2014 CBA dokona serii kolejnych zatrzymań w związku z tzw. infoaferą. Czy działania Biura stworzą szansę do gruntownego przemeblowania sceny politycznej? Wszystko zależy od tego, czy prokuratorzy zajmujący się sprawą dopasują się do kalendarza wyborczego Donalda Tuska.

Infoafera, na której trop wpadło CBA już w 2008 r., objęła swoim zasięgiem niemal wszystkie ważniejsze resorty. Jak przekonywała mnie niedawno osoba z Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, obecnie większym problemem niż wskazanie winnych jest dla śledczych określenie skali korupcji (a to z tego powodu, że usługi informatyczne w dalszym stopniu są trudne do wycenienia). Mówiąc wprost: lista osób do zatrzymania jest już niemal gotowa, choć wciąż nie da się jasno określić, ile pieniędzy stracili na ich oszustwach podatnicy.

Od MSW do Bieńkowskiej

Warto przypomnieć głównych – jak na razie – bohaterów infoafery. Pierwszy z nich to Witold D., były wiceminister spraw wewnętrznych, potem prezes w publicznej spółce PGE Energia Jądrowa, obecnie dyrektor wykonawczy ds. korporacyjnych w spółce Orange. Druga osoba to Monika F., naczelniczka Wydziału Zamówień Publicznych w Biurze Dyrektora Generalnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Kolejnymi wysoko ulokowanymi postaciami biorącymi – według śledczych – udział w korupcyjnym procederze są Krzysztof K., były wiceprezes Głównego Urzędu Statystycznego, i Andrzej M., szef Centrum Projektów Informatycznych, który miał „pić whisky ze Sławkiem Nowakiem”. Ostatnia ważna persona to Janusz J., „partner” Moniki F., przedsiębiorca z branży informatycznej, którego spółka – jak ujawnił portal Niezależna.pl – w 2009 r. dostała nagrodę Kryształ Przetargów Publicznych w kategorii „Innowacyjne rozwiązania na rynku zamówień publicznych”. Trzon grupy zamieszanej w infoaferę stanowiły więc osoby podczepione pod MSW, MSZ i Kancelarię Premiera (GUS podlega bezpośrednio szefowi rządu).

Ale już na początku stycznia 2014 r. CBA dokonało pierwszego zatrzymania w Ministerstwie Obrony Narodowej i według nieoficjalnych informacji wkrótce można się spodziewać kolejnych. Dochodzą do tego inne śledztwa, niezwiązane co prawda bezpośrednio z infoaferą, ale także prowadzone z udziałem CBA. Np. we wrześniu 2012 r. Biuro na polecenie Prokuratury Okręgowej w Warszawie wkroczyło do resortu ulubienicy premiera Elżbiety Bieńkowskiej i zatrzymało Krzysztofa S., dyrektora Departamentu Przygotowania Projektów Indywidualnych. Usłyszał on dwa zarzuty: niedopełnienia obowiązków służbowych i działania na szkodę interesu publicznego oraz fałszowania dokumentacji.

Aresztowania przed wyborami?

Zasięg rażenia afery korupcyjnej jest więc ogromny – dlatego we wszystkich ministerstwach, które ogłaszały duże przetargi na informatyzację, panuje niepokój.

Lęka się z pewnością także Donald Tusk. O ile rok 2013 nie był dla premiera, doświadczonego w zamiataniu afer pod dywan, zbyt istotny, to w roku 2014 dwukrotnie odbędą się wybory, których kalendarz jest dla szefa PO wyjątkowo niekorzystny. Po raz pierwszy Polacy pójdą bowiem do urn 25 maja (wybory do Parlamentu Europejskiego), a po raz drugi 16 listopada (wybory samorządowe). Jeżeli zatem fala zatrzymań nastąpi w najbliższych miesiącach zimowych lub na wiosnę bądź między końcem wakacji a połową listopada, Platforma zepchnięta zostanie do głębokiej defensywy – znajdując się pod ogniem zarówno opozycji, jak i Komisji Europejskiej (która ostatnio zdecydowanie reaguje na doniesienia o korupcji w krajach członkowskich). Jedynym wariantem, który pozostanie wówczas Tuskowi, będzie kolejna nieefektowna rekonstrukcja rządu lub rzucenie opinii publicznej na pożarcie jakiegoś prominentnego polityka PO.

Kogo? To oczywiście zależy od wyników śledztwa prokuratury. Naturalnym kandydatem do medialnej dekapitacji byłby Grzegorz Schetyna, związany z Witoldem D. i Andrzejem M. były szef MSWiA. Szkopuł w tym, że trudno posyłać pod gilotynę kogoś, kogo już wcześniej zlikwidowało się własnymi rękoma. Z kolei Radosław Sikorski i Elżbieta Bieńkowska, kierujący resortami, w których przetargi wygrywała firma „infoaferała” Janusza J., to pod względem sondażowej popularności najmocniejsze ogniwa rządu, co oznacza, że spektakularne odcięcie się od nich byłoby wizerunkowym samobójstwem. Jeśli więc spełni się najczarniejszy (dla PO) scenariusz i do zatrzymań dojdzie wiosną lub jesienią (ten drugi termin jest najbardziej prawdopodobny), Tusk będzie miał związane ręce.

Można zatem się domyślać, że ekipa premiera marzy o tym, by najgorszy z punktu widzenia Platformy etap śledztwa przypadł na wakacje lub sam koniec 2014 r. Wtedy Donald Tusk będzie miał do dyspozycji wypróbowane w okresach niewyborczych środki obronne: metodę „łapaj złodzieja!” (vide sprawa Adama Hofmana), skierowanie uwagi społeczeństwa na zbudowany w zaprzyjaźnionych mediach niepolityczny temat zastępczy albo klasyczną grę na przeczekanie.

W szachu Tuska

Wiele osób zadaje sobie z pewnością pytanie, czy na ewentualne naciski w sprawie infoafery będą odporni śledczy zajmujący się tą sprawą. Niepodpisanie przez Tuska sprawozdania o rocznej działalności prokuratury zostało w tym środowisku jednoznacznie odebrane jako sposób na trzymanie Andrzeja Seremeta i podlegających mu śledczych w szachu (Seremet mówił zresztą o zagrywce Tuska wprost: „To nie jest kwestia paraliżu, bo oczywiście nic nie zabrania prokuratorom wypełniania zadań, ale z całą pewnością działa demotywująco. Już widzę, że w niektórych gabinetach prokuratorzy zamykają się i popijając kawę, debatują o tym”).

Szach ten jednak był dużo subtelniejszym posunięciem, niż mogło się wydawać tuż po ogłoszeniu decyzji premiera. Z informacji, które docierają z prokuratury, wynika bowiem, że postępowanie ws. infoafery jest na tyle zaawansowane, że mało realne wydaje się, by pod polityczną presją zrezygnowano z planów dalszych zatrzymań. O wycofaniu się z poprzednich działań w ogóle nie może być mowy. Ale już przełożenie zatrzymania jakiegoś ministra lub wiceministra o kilkanaście dni lub miesiąc, bez większej przecież szkody dla śledztwa (za to z korzyścią dla wyniku wyborczego PO) – tego w sytuacji, w jakiej postawiony został prokurator generalny Andrzej Seremet, nie da się wykluczyć. I wszystko wskazuje na to, że właśnie o taki efekt chodziło Donaldowi Tuskowi w rozgrywce z Seremetem.