Ostatni mój felieton o Ukrainie został przez redakcję zepchnięty do dolnego lewego rogu, a wydrukowany pomniejszoną czcionką otrzymał nie z mojej woli tytuł „Łyżka dziegciu”. Pytam więc, a gdzie jest beczka miodu?

Czyżby były nią występy polskich polityków w Kijowie w asyście flag UPA i nazistowskiej Swobody oraz Ołeha Tiahnyboka, który jak na razie jest jedynym zwycięzcą, bo z lokalnego watażki stał się nagle „mężem stanu”. A może miodem były banderowskie okrzyki, które wznieśli dwaj byli premierzy Jerzy Buzek i Jarosław Kaczyński? Pytam o to w kontekście słów Jerzego Targalskiego, który w telewizji Republika obraził Ewę Siemaszko, laureatkę Nagrody Kustosza Pamięci Narodowej, mającą w przeciwieństwie do wielu polityków odwagę przełamywać zmowę milczenia wokół ludobójstwa dokonanego w imię ideologii, do której odwołuje się obecnie znaczna część manifestantów na majdanie. Jeżeli Prawo i Sprawiedliwość, a także środowiska z nim powiązane będą dalej flirtowały z nacjonalistami ukraińskimi i ich piewcami, to w czterech kolejnych turach wyborczych odbije się to negatywnie na ich wyniku. A wtedy trzeba mieć pretensję do samych siebie, a nie do „ruskich agentów”.