Skład nowych władz Platformy, wprost z rekomendacji Donalda Tuska, uderza brakiem profesjonalizmu. Pierwsza wiceprzewodnicząca partii to dobrze nam znana z przekopywania ziemi w Smoleńsku Ewa Kopacz.

Obecna marszałek Sejmu nie miała żadnych kompetencji do piastowania najwyższych stanowisk w kraju. Nie sprawdziła się ani w godzinie próby po katastrofie smoleńskiej, ani w codziennym zarządzaniu Ministerstwem Zdrowia. Gdyby nie znajomość z Tuskiem, nie zostałaby marszałkiem Sejmu, a teraz wiceprzewodniczącą PO. Podobnie rzecz ma się z nowym sekretarzem generalnym PO Pawłem Grasiem. Lata służby przy Donaldzie Tusku ochroniły go przed wyjaśnianiem jego faktycznej funkcji przy pilnowaniu domu niemieckiego przedsiębiorcy, jego kłamstw o działalności gospodarczej czy nagłej rezygnacji z członkostwa w sejmowej komisji służb specjalnych. Nie wiemy, jakie ma kompetencje polityczne oprócz demonstrowanego prostactwa i wykonywania zadań zlecanych przez premiera. Wiemy, że wsławiony przepraszaniem po rosyjsku funkcjonariuszy OMON‑u po katastrofie w Smoleńsku zna przynajmniej ten język. Ale cóż – poziom składu władz PO jest na miarę poziomu premiera.