Podczas lektury tekstu Rafała Ziemkiewicza „Czy PiS przegra Smoleńsk” w tygodniku „Do Rzeczy” przecierałem oczy ze zdumienia. Wytrawny publicysta uległ narracji salonu i uznał, że osoby mówiące o zamachu w Smoleńsku są kimś w rodzaju sekciarzy, a ich poglądy oparte są na wierze.

Rafał Ziemkiewicz zaczyna swój tekst od dość szczegółowego i rzetelnego przedstawienia katalogu błędów, zaniechań i skrajnych kompromitacji polskiego rządu, których ten dopuścił się w czasie wyjaśniania katastrofy smoleńskiej. Ten wątek nie jest głównym tematem tekstu (taka lista z pewnością kiedyś przyda się prokuratorom i komisji śledczej), niemniej jednak wymaga ode mnie kilku drobnych sprostowań i uzupełnień.

Pozytywów brak

Ziemkiewicz myli się, przypisując prokuratorom wojskowym „nieoceniony upór”, jaki ci rzekomo mieli prezentować w toku prowadzenia śledztwa smoleńskiego. Nie ma tu mowy o jakiejkolwiek ich zasłudze, bowiem wszystkie podjęte przez nich kroki, które wykraczały poza absolutne minimum, były wynikiem nacisków rodzin ofiar katastrofy – w tym dzielnych wdów i sierot – oraz części opinii publicznej i niektórych mediów. Sami prokuratorzy najchętniej szybko by umorzyli śledztwo i rozeszli się do domów, tak jak to uczynili członkowie komisji Millera.

Autor nieprecyzyjnie pisze, że w rozmowie prezydenta Dmitrija Miedwiediewa z premierem Donaldem Tuskiem padła propozycja powołania międzynarodowej komisji. Otóż Rosjanie byli konsekwentnie przeciw takiej możliwości, tłumacząc, że nie ma potrzeby angażowania strony trzeciej, skoro współpraca polsko-rosyjska układa się świetnie (co zresztą sami Polacy skupieni wokół Tuska przyznawali). Propozycja Miedwiediewa zaś dotyczyła wspólnego – na zasadach partnerskich – śledztwa polskich i rosyjskich prokuratorów. Tusk tę propozycję odrzucił, a do przyjęcia konwencji chicagowskiej przekonał go prawdopodobnie sam Władimir Putin pod słynnym niebieskim namiotem w Smoleńsku. To właśnie to miejsce, gdzie zrobiono słynne zdjęcie roześmianych przywódców.

Warto też doprecyzować, że politykiem, który bezpośrednio przyczynił się do braku międzynarodowego śledztwa, jest także ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz, która na międzyrządowym polsko-rosyjskim spotkaniu 13 kwietnia 2010 r. reprezentowała nasz kraj. To wtedy w Moskwie pani Kopacz jako konstytucyjny minister nie sprzeciwiła się, gdy szefowa MAK-u Tatiana Anodina odrzuciła pomoc oferowaną przez międzynarodowych ekspertów. Skądinąd fakt, że o tego rodzaju sprawach decydowała minister zdrowia, wiele mówi o stosunku polskich władz do sprawy wyjaśniania katastrofy.

Wyznanie niewiary

Gdyby niedociągnięcia tekstu Rafała Ziemkiewicza ograniczały się tylko do nieścisłości wyżej wymienionych, z pewnością niniejsza polemika nie byłaby warta napisania. Problem jednak w tym, że po wyliczeniu przewin rządu Donalda Tuska w sprawie Smoleńska autor we wnioskach przechodzi do stwierdzenia, że najlepszym obrońcą winnych staje się… opozycja, czyli Prawo i Sprawiedliwość. Jakie jest uzasadnienie tej karkołomnej tezy? Otóż dowiadujemy się, że PiS stosuje zamachowy szantaż. „Osią medialnego przekazu opozycji staje się sekciarskie testowanie potencjalnych sojuszników z wiary w zamach” – twierdzi Ziemkiewicz.

W tym jednym twierdzeniu, które dobrze oddaje główne przesłanie artykułu, są dwie tezy, z którymi się nie zgadzam. Nie jest prawdą, że Jarosław Kaczyński razem z Antonim Macierewiczem „testują sojuszników”, grając Smoleńskiem. Podobnie nieprawdziwe – a nawet kuriozalne - jest stwierdzenie, że w ogóle istnieje coś takiego jak smoleńska „wiara”.

Pierwsza teza przede wszystkim nie ma podstaw w stanie faktycznym. Nie znamy żadnych działań czy wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza, które by sugerowały, że tragiczny temat smoleński jest dla nich przedmiotem jakiejkolwiek „gry”. Nie przedstawił na to dowodów również Rafał Ziemkiewicz, co moim zdaniem powinien zrobić, jeśli stawia tak ciężki zarzut. Każdy obserwator życia publicznego ma świadomość, że Smoleńsk jest dla brata zmarłego prezydenta – co zrozumiałe – niezwykle osobistym i ważnym tematem. Jednak od twierdzenia, że Kaczyński tej sprawy nie odpuści i zrobi, co w jego mocy, by wyjaśnić wszystkie okoliczności śmierci brata i ukarać winnych, do twierdzenia, że wykorzystuje ją cynicznie dla własnych zysków politycznych, droga jest daleka. A Ziemkiewicz tej drogi nie przeszedł, dlatego też jego zarzut należy uznać za bezpodstawny.

Druga teza o „wierze” jest niestety skutkiem bardzo szkodliwej i jednocześnie niezwykle intensywnej kampanii społecznej. Już od ponad trzech lat jesteśmy nieustannie bombardowani propagandą, której treścią jest przekaz głoszący, że dociekliwość w sprawie Smoleńska to niemalże zbrodnia stanu, a wszystkie fakty w tej sprawie są znane i zostały wyłuszczone w raporcie Millera. Nie twierdzę, że Ziemkiewicz uległ akurat tej części propagandy. Jednak jej kolejnym elementem jest sugerowanie, że teoria zamachu jest fantazją rodem z political fiction, a nasza epistemologiczna relacja do niej wynika wyłącznie z wiary, a nigdy z wiedzy. Po lekturze „Czy PiS przegra Smoleńsk” odnoszę niestety wrażenie, że właśnie tej części propagandy dał się uwieść autor.

Mechanizm goebbelsowski

„Czy wierzysz w zamach?” – to pytanie tysiące razy pojawiające się w sondażach, nieustannie stawiane politykom, dziennikarzom, aktorom, piosenkarzom i Bóg wie komu jeszcze – zaczęło wreszcie zbierać swój propagandowy plon. W umysły obserwatorów sceny politycznej wdarł się wirus epistemologicznej manipulacji. Już nie mówimy o wiedzy na temat zamachu, o faktach – dziś modna stała się wiara. Bierzemy udział w castingu do nowego związku wyznaniowego. Ziemkiewicz odmawia udziału w tym castingu, mówiąc „nie wierzę!”, i jednocześnie oskarża: „wierzą oni!”. Tym samym mimochodem ulega propagandowej manipulacji i daje sobie narzucić salonową narrację.

Skoro dał się na to nabrać tak inteligentny publicysta jak Rafał Ziemkiewicz, nie dziwi, że tak wielu Polaków zostało uwiedzionych w ten sposób przez rząd i „zaprzyjaźnione media”. Trzeba jednak mieć świadomość, że ów podział na „wierzących” i „niewierzących” jest sztuczny, nieprawdziwy. Został wylansowany przez „Krytykę Polityczną” – a konkretnie przez Cezarego Michalskiego – w ramach opowieści o „herezji smoleńskiej”. Szybko przejął go rządowy propagandysta Igor Ostachowicz i zaszczepił jego ideę premierowi Tuskowi. I dalej poszło już gładko po telewizyjnych kablach.

W rzeczywistości nowe informacje związane ze Smoleńskiem – np. te świadczące o wybuchach jako przyczynie katastrofy – nie mają związku z wiarą, ale są wynikiem naukowego warsztatu. To dlatego właśnie doszło do tak ostrej nagonki na ekspertów, którzy za pomocą intelektualnych i inżynierskich narzędzi naukowych podważyli rządową wersję zdarzeń. Nie pasowali do obrazka pt. „Wyznawcy”. Nikt nawet nie chciał wchodzić z nimi w poważną polemikę, bo przecież „jak walnęło, to się urwało” – jak to określił Edmund Klich. Cel był jeden: wykpić. Oszołomy raz wsadzone do klatki mają tam cicho i grzecznie siedzieć. Nie zrozumiał tej taktyki prof. Michał Kleiber, snując wizje konferencji naukowej nt. Smoleńska, ale szybko i skutecznie wybito mu ten pomysł z głowy. Debatuje się przecież z Moniką Olejnik, a nie z jakimś pozarządowym naukowcem.

Nie zarzucam autorowi artykułu złych intencji, ale z perspektywy oceny praktycznej publikacja Ziemkiewicza szkodzi zarówno sprawie wyjaśniania katastrofy, jak i polsko-polskiemu pojednaniu. Nic tak nie pogłębia przepaści między Polakami, jak podtrzymywanie tezy o „wierze” smoleńskiej. Tezy, która – według zasady „dziel i rządź” – chroni władze w Polsce i w Rosji przed odpowiedzialnością.

Do czasu.