Wczoraj wybiła ostatnia godzina dla Sławomira Nowaka jako ministra w rządzie Donalda Tuska. Musi on się czuć wyjątkowo pokrzywdzony. W III RP kręcono przecież lody na skalę przemysłową, a jego dopadli za głupi zegarek. Biedak musi się zastanawiać, kto na niego podniósł rękę. „Pismaki z »Gazety Polskiej Codziennie« kąsały mnie służbowo – kombinuje zapewne Nowak. – Ale prokuratorzy… kto im kazał na mnie się rzucić? A przecież już miałem ekspertyzę z wyceną zegarka, gdzie dosłownie 1 grosz zadecydował o tym, że zagrałem wszystkim na nosie". I nagle takie zaskoczenie… To tylko spekulacja, ale stawiam dolary przeciw orzechom, że takie myśli pojawiały się w głowie Sławomira Nowaka. Ich tor wyznaczała doktryna platformizmu wyrażona maksymą kto kogo. A ja pozwolę sobie żywić nadzieję, że prokuratorzy po prostu zrobili swoją robotę. Zegarek był wart górę pieniędzy, była ustawa o wykonywaniu mandatu posła i byli prawnicy, którzy przeprowadzili wnioskowanie czytelne nawet dla przedszkolaka. Nowak złamał prawo i pewnie będzie go to kosztowało immunitet. Sorry, Winnetou…