Według amerykańskiego Instytutu Polityki Migracyjnej, w 2050 r. muzułmanie będą już stanowili 20 proc. całej populacji Starego Kontynentu. Skąd bierze się siła islamu w Europie? Dlaczego multikulturalizm poniósł klęskę?
 
Mesut Özil urodził się w niemieckim Gelsenkirchen, chodził do niemieckiej szkoły, zaczynał piłkarską karierę na niemieckich boiskach, dziś gra w narodowej drużynie Niemiec. Jego dziadek był jednak Turkiem, ojciec także; Özil rozmawia z rodzicami po turecku i z przyjemnością jeździ na wakacje na turecką riwierę.
 
Nieufność wobec obcych
 
Ten znakomity piłkarz przez kilka sezonów grał w Realu Madryt, jednym z najlepszych klubów na świecie. Mieszkał w Hiszpanii, chodził do hiszpańskich restauracji, z dziennikarzami gawędził po hiszpańsku. „Moje życie jest w dużej mierze związane z Hiszpanią. Spędziłem tutaj w sumie więcej czasu niż w Turcji” – mówił Özil w 2012 r. w rozmowie z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. „Czy jestem zatem niemiecko-tureckim Hiszpanem? A może hiszpańsko-niemieckim Turkiem? Dlaczego wciąż myślimy wyłącznie w kategoriach granic? Chcę być w życiu oceniany jako piłkarz, a futbol jest przecież tak bardzo kosmopolityczny. Rodzinne korzenie nie mają tutaj żadnego znaczenia”.
 
Kim zatem jest Mesut Özil? Niemcem, Turkiem, a może Anglikiem, skoro od niedawna gra w londyńskim Arsenalu? Czy po prostu obywatelem świata, jak sam chciałby być opisywany? A może rzeczywiście granice, paszporty i godła na piłkarskich koszulkach są nieistotne? Przed oficjalnymi spotkaniami Özil nigdy nie śpiewa niemieckiego hymnu, mimo że kilku jego towarzyszy dumnie zdziera sobie gardła. W tym samym czasie skupiony piłkarz modli się o sukces swojego zespołu, recytu-jąc w myślach wersety Koranu...
 
Özil nie jest jedynym muzułmaninem mieszkającym w Europie, który ma problemy z własną tożsamością. Obrażany na forach internetowych przez skinheadów, wygwizdywany w Stambule, a z drugiej strony chwalony przez trenerów i znawców futbolu. Özil żyje w ciągłym napięciu, ciężko pracuje, ale jest też sowicie za swoją pracę wynagradzany. Wielu jego współwyznawców zapewne chciałoby osiągnąć podobny sukces zawodowy i finansowy, zamiast pobierać zasiłek dla bezrobotnych albo przyłączać się do zbrojnych gangów, panoszących się na przedmieściach francuskich, belgijskich czy holenderskich miast.
 
Özil jest chlubnym wyjątkiem i mógłby być dla wielu europejskich muzułmanów wzorcem: jako człowiek, któremu udało się zdobyć silną pozycję wśród autochtonów, zazwyczaj nieufnych wobec obcych, a szczególnie nieufnych w stosunku do wyznawców Mahometa.
 
Lewicowy dogmat
 
Rdzenni Europejczycy boją się islamu i jego wyznawców. Widzą w nich agresywnych maczystów, którzy najchętniej wprowadziliby na całym Starym Kontynencie prawo koraniczne, by móc bez przeszkód kultywować swoje budzące odrazę obyczaje. Morderstwa honorowe, burki, kara śmierci za apostazję, prześladowania homoseksualistów – to wszystko nie przystaje wszak do zasad obowiązujących w UE.
 
To rzecz jasna obraz mocno przerysowany, lecz lęk przed najbardziej radykalną odmianą islamu, która miałaby zalać Europę, nie wziął się znikąd. Mieszkańcy Madrytu doskonale pamiętają zamachy Al-Kaidy z marca 2004 r. Mieszkańcy Londynu mają nadal przed oczami wagony metra zniszczone w wyniku eksplozji w lipcu 2005 r.
 
Politolog Pierre-André Taguieff z francuskiego Narodowego Centrum Badań Naukowych zauważa w swojej książce „Judeophobie des Modernes”: „Większość muzułmanów, którzy osiedlili się w Europie, chce tutaj pozostać, a z drugiej strony wykazuje zdumiewającą wrogość w stosunku do cywilizacji Zachodu i jednocześnie empatię wobec środowisk głoszących dżihad. To w tych krajach, które przyjęły multikulturalizm jako zasadę współżycia społecznego, w których narzucono bezwzględny szacunek dla odmiennej tożsamości, wspólnoty muzułmańskie są najbardziej przychylne ideologicznej linii islamskich radykałów”. Narzucony przez lewicę dogmat multikulturalizmu nie pozwalał na otwartą dyskusję o roli muzułmańskiej mniejszości w nowoczesnym społeczeństwie, o potrzebie integracji, o zagrożeniach związanych z różnicami cywilizacyjnymi. Każda próba podniesienia tych kwestii była piętnowana przez lewicowych polityków i liberalne media, a autorów niewygodnych pytań spychano na margines życia publicznego jako osobników „o skrajnie prawicowych ciągotkach”.
 
Coraz więcej muzułmanów
 
W tym samym czasie wielu muzułmanów korzystało z klimatu politycznej poprawności, domagając się dla siebie coraz więcej przywilejów. Wszystkich zaś tych, którzy mieli czelność powątpiewać w ich dobre intencje, z miejsca oskarżano o „rasizm”. Muzułmanom odpowiadał także społeczno-ekonomiczny system, który w ostatnich kilku dekadach zakorzenił się w Europie, nazywany w skrócie „państwem dobrobytu”. Kiedy owo państwo zaczęło de facto finansować błogie życie imi-grantów, nie oczekując niczego w zamian, musiało wreszcie dojść do wybuchu niezadowolenia tubylców. Albowiem ta dolce vita była opłacana z ich podatków. Nic dziwnego, że nawet politycy uważani dotąd za umiarkowanych i ważących słowa zaostrzali swoją retorykę. „Naszym problemem nie są cudzoziemcy, lecz ich nadmiar” – mówił w czerwcu 1991 r. Jacques Chirac, wtedy jeszcze mer Paryża. „Być może nawet nie ma ich dzisiaj więcej niż przed wojną, lecz to nie tacy sami cudzoziemcy. A to zasadnicza różnica. Hiszpanie, Polacy czy Portugalczycy, którzy tutaj pracują, stwarzają mniej problemów niż muzułmanie czy Czarni. Wyobraźcie sobie francuskiego robotnika, który mieszka w mrówkowcu razem z żoną, oboje pracują i zarabiają jakieś 15 tys. franków, a tuż obok żyje sobie ojciec rodziny, z czterema żonami, dwudziestką dzieciaków i dostaje 5 tys. franków zasiłku, bo oczywiście nie pracuje… Jeśli dodacie do tego hałas i smród, nic dziwnego, że ten francuski robotnik się wścieka. Zaznaczam: w tym, co powiedziałem, nie ma nic rasistowskiego”.
 
Według amerykańskiego Instytutu Polityki Migracyjnej, w 2050 r. muzułmanie będą już stanowili 20 proc. całej populacji Starego Kontynentu. Demograficzne zmiany oznaczać będą wstrząs kulturowy porównywalny chyba tylko z upadkiem cesarstwa rzymskiego. Muzułmańskie tradycje, przyzwyczajenia, podejście do prawa i stosunek do kobiet są całkowicie niekompatybilne ze standardami europejskimi. Wystarczy rzucić okiem na wnioski z badania przeprowadzonego w 2006 r. wśród młodych muzułmanów (w wieku 18–24 lat) żyjących w Wielkiej Brytanii. 40 proc. z nich chciałoby wprowadzenia szariatu przynajmniej w kilku regionach kraju; 36 proc. opowiedziało się za karą śmierci w wypadku apostazji. Zaledwie 17 proc. stwierdziło, że muzułmanie i niemuzułmanie mogą współżyć pokojowo w jednym środowisku. Blisko jedna trzecia jest przekonana, że wszyscy muzułmanie mają obowiązek współuczestniczyć w dziele zniszczenia „dekadenckiego i niemoralnego” Zachodu.
 
Przez wiele lat obyczajowe różnice nie były aż tak jaskrawe. Niemniej wraz ze wzrostem liczby muzułmańskiej ludności w Europie nie tylko stały się bardziej widoczne, lecz także zaczęły uwierać obie strony, aż wreszcie doprowadziły do otwartego konfliktu.
 

Powyższy tekst jest fragmentem książki Marka Magierowskiego „Zmęczona. Rzecz o kryzysie Europy Zachodniej”, która ukazała się w tym tygodniu nakładem Ośrodka Myśli Politycznej. Tytuły i śródtytuły pochodzą od redakcji.