Donald Tusk i jego ministrowie poprzez politykę tak często balansującą na granicy zdrady stanu – albo w niektórych kwestiach, jak w wypadku Smoleńska, ją przekraczających – tak podkopali zaufanie do instytucji państwa polskiego, że naturalnie narzucającą się interpretacją wydarzeń w Warszawie 11 listopada jest scenariusz prowokacji. Powiedzmy sobie szczerze, nawet idiota wiedziałby, że w takich okolicznościach, jakie miały miejsce tego dnia przed ambasadą rosyjską, konieczny był kordon policji oddzielający marsz od murów placówki. A właściwie ten marsz w ogóle nie powinien tamtędy iść. Donald Tusk idiotą nie jest, a już na pewno nie jest pozbawiony sprytu. Jeżeli stworzył okoliczności, w których możliwy był atak na rosyjską ambasadę, to zapewne przypuszczał, że będzie miał miejsce kontratak w typowym dla Rosji stylu. I tak też się stało, jak w zaplanowanym scenariuszu. Takie przynajmniej sprawia to wrażenie. Fakt, że istotna część narodu musi mierzyć się z takimi rozterkami wobec własnego premiera – a ich najlepszą metaforą jest wiadoma okładka tygodnika „wSieci" – to chyba najwybitniejszy wkład Tuska w jego walkę z „polskością jako nienormalnością".