Donald Tusk i Bartłomiej Sienkiewicz solidarnie odpowiadają za wydarzenia 11 listopada. Idiotycznymi wypowiedziami rozjuszyli środowiska kibicowskie i narodowe, a potem pozwolili na ich przemarsz przed rosyjską ambasadą. Na koniec dopuścili do tego, by zmniejszono tradycyjnie stosowane zabezpieczenia przy placówkach dyplomatycznych. Kiedy doszło do awantury, rząd próbował zrzucić winę na Bogu ducha winnych pisowców, bodajże jedynych, którzy nie mieli nic wspólnego z wydarzeniami w stolicy (razem z klubami „Gazety Polskiej" i setkami Węgrów świętowali w Krakowie). Dziecinadę Tuska zauważył oczywiście Putin i postanowił to bezwzględnie wykorzystać. W momencie, gdy ważą się losy Europy Środkowej i Wschodniej (chodzi o poszerzenie UE na Ukrainę), Moskwa może pokazać, że nawet Polska jest obszarem mało stabilnym. Jednocześnie polskie władze, które nie potrafiły napisać porządnej noty dyplomatycznej w sprawie wraku rządowego samolotu i niszczenia kluczowych dowodów ws. tragedii smoleńskiej, muszą płaszczyć się z powodu budki przed ambasadą. Putin dzięki gówniarstwu naszego rządu ma w tej sprawie poparcie międzynarodowe i mobilizuje Rosjan. To już nie polityka, to po prostu szaleństwo.