Już miałam się obśmiać, ale ten wesoły nastrój zepsuli mi ludzie władzy i władzy służący. Prawdziwi Europejczycy, dla których wizerunek III RP jest najważniejszy. Ktoś znowu spalił z takim samozaparciem odrestaurowaną tęczę na warszawskim placu Zbawiciela. Symbol lewactwa i płciowej tolerancji, znak, że my Polacy nie jesteśmy zaściankowi, lecz postępowi. Nic zatem dziwnego, że redaktorka tygodnika „Newsweek”, wielce zaangażowana aktywistka słusznego dziennikarstwa Renata Kim, wpadła w rozpacz z powodu utraty tej tęczy.

„Właściwie to chciało mi się płakać. Co ona winna (ta tęcza – przyp. aut.). Dzisiaj rano byłam poza Warszawą i widziałam tęczę nad lasem i pomyślałam sobie: jakie to piękne [...]”. Gdyby nie fakt, że mówiła to w TVN24 zawodowa dziennikarka, można by pomyśleć, że kwili jakaś słodka idiotka. Więc też się wzruszyłam. Z powodu tej prawdziwej tragedii. I na wieść o niezwykłym zjawisku przyrodniczym, że w listopadzie nad polskimi lasami roi się od tęcz.

Świat się zmienia, jest tęcza, może być tsunami albo tajfun. Ale co tam tajfun i dziesięć tysięcy ofiar śmiertelnych tego żywiołu na Filipinach. My mamy większe zmartwienia, bo podczas Marszu Niepodległości jacyś młodzi ludzie podpalili budkę policyjną przed rosyjską ambasadą i dwa samochody. TVN24 nagrał płonący w bocznej uliczce samochód, bo był na posterunku w przewidywaniu, że właśnie w tym miejscu dojdzie do zamachu. Dramatycznym relacjom i komentarzom słusznych mediów towarzyszyła też głęboka troska części komentatorów z szeregów prawicy o naszą teraźniejszość i przyszłość. Zwłaszcza o ten podział narodu, który powinien być zjednoczony. Pytam, dlaczego? Mamy być zjednoczeni, bo co? Bo władzy pali się grunt pod nogami, a młode pokolenie w naszym kraju jest przez nią pogardzane i sprowadzane do roli zadymiarzy i burzycieli postkomunistycznego ładu. Nie takie zadymy miały, mają i będą miały miejsce w krainie tęczy, jaką jest Europa. Najczęściej w wykonaniu bojówek lewackich czy, jak kto woli, ekologicznych. Mieszkałam na zachodzie Europy blisko 17 lat i nie takie rzeczy widziałam. I jakoś nie zauważyłam, żeby otaczający świat był porażony tymi zdarzeniami. W Warszawie demonstrowało 50 tys. młodych ludzi, prawicowców, nieprawicowców i lemingów, którzy mają dość bezrobocia, życia bez przyszłości i propagandowej lipy. Niektórzy, co jest w środowisku młodzieżowym naturalne, trochę narozrabiali. Media zagraniczne ponoć były tymi zdarzeniami wstrząśnięte, prawie tak jak redaktorka Pochanke. A rosyjskie MSZ wezwało polskiego ambasadora. Straszne! Co to będzie, czy wybuchnie trzecia wojna światowa? I to wszystko przez PiS, co zauważyli Kim i Donald Tusk. Ale to już nie działa. I premier dobrze o tym wie. Jego mowy do ciemnego ludu to, jak słusznie stwierdził poseł Joachim Brudziński, zwyczajne kabotyństwo, dodam – polityczne. Efekciarstwo, które trafia w próżnię, bo młodzi Polacy nie chcą jednoczyć się z Komorowskim i Tuskiem pod czekoladowym orłem w różowych okularach. Dla nich polskość to normalność.